Dzień jak co dzień: kulawe sny o lataniu



Wstaję. Odpalam okno na świat. Szybko jem śniadanie, w tle buczy komputer. Ponaglająco dzwoni telefon, za oknem zaczyna się życie.

Siadam do pracy. Jeden projekt, drugi, trzeci, działam jak automat. Służbowy komputer mruczy zadowolony. "Chociaż tyle" - myślę, szukając zalet zdalnej pracy.

Błysk. Rozmowa kwalifikacyjna. Jedna, druga, trzecia. Każdy mówi to samo: "Chcemy panią, ale u nas są schody, a my nie pracujemy zdalnie". I ta jedna firma, która także ma schody, ale zdalnie zatrudnia.

Z zamyślenia wyrywa mnie dźwięk SMSa. Odczytuję wiadomość od przyjaciółki. Pyta, czy wypad na obiad aktualny. Już jestem spóźniona.

Chwytam torbę, wybiegam z domu, zygzakiem omijam wszystkie dziury w chodniku i wysokie krawężniki. Znam je na pamięć. Tramwaj ucieka mi sprzed nosa. Kolejny jest za osiem minut, kolejny niskopodłogowy za minut trzydzieści. Marznąc, piszę, że na pewno się spóźnię.

Przyjeżdża tramwaj, jest niski, ale przerwa między nim, a przystankiem, i tak szeroka. Podchodzę do kierowcy, proszę o pomoc. Z miną cierpiętnika oderwanego od misji życia, wciąga mój wózek do środka. I obiecuje pomóc wysiąść na wybranym przystanku.

W końcu dojeżdżam. Kierowca zapomina. Nie reaguje na przycisk, który wciskam rozpaczliwie. Gdy zastanawiam się czy poprosić o pomoc chwiejącego się na nogach menela czy staruszkę w grubych okularach, tramwaj rusza. Wysiadam na kolejnym przystanku, prosząc o pomoc dwóch przystojnych studentów, na inny tramwaj czekających.

Biegnę na spotkanie, przepraszam za spóźnienie. Idziemy starówką, potem deptakiem, szukamy nieznanej nam restauracji, chcąc odkryć nowe smaki.

Wybieramy fast-food w najbliższej galerii handlowej, bo schody skutecznie psują nasze plany.

Znika jedzenie, godzina mija. Wracam do domu, kierowca w tramwaju uśmiecha się szeroko, pyta czy pomóc, przywraca wiarę w ludzi.

Zrzucając kurtkę, budzę nigdy nie wyłączany komputer. Miga do mnie radośnie diodą, macham do niego myszką. Odpalam wideo z seminarium dyplomowego, wsłuchuję się w kiepskiej jakości dźwięk, wlepiam oczy w zaszumiony obraz. Na seminaria nie chodzę - na mojej uczelni odbywają się w jedynej sali, do której prowadzą schody. Ale przecież mam okno na świat, przecież mam nagrania, przecież mam kubek gorącej kawy w ręku, przecież mam ciepły koc, przecież mam zaszumiony obraz.

Godziny mijają, uczę się, czytam, coś piszę. 

FejsBóg wzywa mnie zaproszeniem na imprezę. Odpalam je, sprawdzam, który lokal wybrali znajomi. Serdecznie im za zaproszenie dziękuję, ale piętnaście stromych schodów zniechęca mnie szczególnie. Mówię sobie, że nie potrzebuję, że ja się przecież nie integruję.

Nie wytrzymuję.

Piszę do kumpla, wychodzimy na miasto. Jedno piwo, drugie, wieczór robi się wesoły. Narzekamy na tramwaje, znajdujemy wspólny język: ostatni tramwaj dzienny odjeżdża przed 23., co nam obojgu wydaje się paranoją. Trzecie piwo.

Przeczucie. Instynkt. Aplikacja w telefonie i raz jeszcze sprawdzam połączenia. Tym razem zaznaczam tramwaje niskopodłogowe. Ostatni niskopodłogowy odjeżdża pół godziny wcześniej, niż "po prostu ostatni".

Znów biegnę. Znów liczę sekundy. Znów na czerwonym świetle modlę się, by Los okazał mi łaskę.

W ostatniej chwili łapię kierowcę, proszę o pomoc, wymieniamy się zmęczonymi uśmiechami. Docieram do domu. Jeszcze tylko poczekam na podjazdy, które rozkładamy na klatce, bo winda nie dojeżdża do samego dołu i mogę złapać oddech. Dzień zaliczam do udanych.

Zasypiając w ramionach, które kocham, marzę o lataniu.


Share:

0 komentarze