Nienawidzę specjalnego traktowania, tak jak nienawidzę przewrażliwienia

Nienawidzę specjalnego traktowania. Sytuacji, w których ktoś widzi we mnie w pierwszej kolejności biedną osobę niepełnosprawną, a nie człowieka. Momentów, gdy ktoś mnie wyróżnia - nie dlatego, bo jestem fajna, mądra czy ładna, a dlatego, bo siedzę. Wiem jednak, że świat się zmienia - i to na lepsze. Dwadzieścia lat temu osób niepełnosprawnych praktycznie nie widywało się na ulicach. Zresztą nadal w telewizji o wiele łatwiej pokazać wózkersa, który jest biedny - nie umie śpiewać, ale wszyscy przyklasną, bo jest dzielny; nic nie osiągnął, ale wszyscy się zachwycą, bo wkrótce umrze, a dziś odważył się wyjść na spacer. Na szczęście - powoli, pomalutku, coś idzie w dobrym kierunku.

Sytuacja sprzed kilku tygodni. Kino. Stoję w kolejce. I nagle grupka kolesi postanawia mi "pomóc" - chce mnie przepuścić. Głupio się w takiej sytuacji czuję, ale nauczona doświadczeniem, widząc ich mocno chmielowy stan - nie wdaję się w dyskusję, uprzejmie dziękuję, dreptam. Nauczyłam się myśleć, że czasem nie warto walczyć. W takiej sytuacji powtarzam sobie, że uznali, że ich jest więcej, więc przepuszczą samotną laskę. Unikam myślenia o sobie stereotypem. I wtedy zalewa mnie krew - bowiem nowi koledzy upierają się przy tym, by puścić mnie dalej. Szturchają stojącą przede mną parę, tamci się zgadzają mnie przepuścić. Buntuję się. Poziom zażenowania wzrasta. Grzecznie dziękuję i zaczynam ignorować ich wysiłki. Mam jeden tekst na taką sytuację: "Nie ma problemu, ja przecież i tak siedzę, nogi mi się nie zmęczą". Działa. Mam święty spokój, mogę jak na człowieka przystało - postać, poczekać. Udaję, że nie widzę zażenowania zaczepionej pary, udaję, że ja sama nie jestem zażenowana.

Z drugiej jednak strony, naprzeciw specjalnego traktowania, stoi: przewrażliwienie. To, że ktoś widzi, że zbliżam się do drzwi i je przytrzyma - odbieram jako zwykłą uprzejmość. Ludzką życzliwość. Trafiają się jednak ciągle niepełnosprawni, którzy w takiej sytuacji zachowują się jakby nastał koniec świata.

Sytuacja z Krakowa. Chłopak wychodzi ze sklepu. Widzi, że kobieta o lasce męczy się z drzwiami. Pomaga jej. Dostaje ochrzan - bo ona sobie da radę, a że robi to wolniej - jej sprawa. Czemu kobieta nie może tego odebrać jako zwykłego dżentelmeńskiego gestu? Ktoś jej otworzył drzwi - czy to naprawdę jest taki problem, że trzeba robić aferę, która przykuje spojrzenia wszystkich wokół?

Podobna sytuacja, sprzed kilku lat. Znajoma stoi na przejściu, obok osoba niewidoma. Nagle niewidoma dziewczyna wykonuje ruch jakby chciała wyjść na ulicę - znajoma wprost informuje ją, że jeszcze pali się czerwone światło. Wystraszyła się, zareagowała. Nie szarpnęła, nie naruszyła strefy osobistej, tylko poinformowała. Jednak tamta osoba - wrażliwa na swoim punkcie - wścieka się. Kipi agresją wobec osoby, która odważyła się powiedzieć. Zgoda, nawet jeśli była to z jej strony wtopa - to czy trzeba zaraz krzyczeć na obcą osobę na środku ulicy?

Dziś przeczytałam ciekawy artykuł - Julita Kuczkowska, tegoroczna finalistka Miss Polski na Wózku, napisała o stereotypach (jak chcecie przeczytać to łapcie: link). O tym, że rozdając ludziom na ulicy ulotki informacyjne, kilka osób odruchowo chciało dać jej pieniądze. Ktoś napisał w komentarzu, że przesadza ze swoimi wnioskami, że jest przewrażliwiona.

Przypomniało mi się, jak sama kiedyś rozdawałam ulotki - promując swoją pierwszą powieść rozdawałam na ulicach zaproszenie na spotkanie autorskie. Czytając ten tekst przypomniały mi się te wszystkie starsze panie, które wpychały mi w dłonie pieniądze. Przypomniała mi się też moja notka sprzed wielu miesięcy, gdy zupełnie obca osoba na ulicy próbowała wcisnąć mi pieniądze. Nic nie rozdawałam, o nic nie prosiłam i nagle w moich dłoniach znalazły się pieniądze, których nie chciałam.

Z drugiej jednak strony kiedyś pracowałam rozdając ulotki. Z ramienia pewnej agencji modelek, dla pewnej znanej sieci telefonicznej, rozdawałam najzwyklejsze w świecie kartki z reklamami. Wtedy nie zauważyłam żadnej różnicy w tym jak byłam traktowana - już kolor koszulki i wielkie logo mówiły, dla kogo pracuję. A że pracowałam dla dużej znanej wszystkim marki - moje działanie nikomu nie skojarzyło się z moim wózkiem.

Wnioski z tych przypowieści wyciągnijcie sami. Ja powiem jedno: trzeba wyluzować. Obustronnie. Nie oburzać się o byle głupotę, ale nie być też nachalnym ze swoimi chęciami pomocy. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane - i w tym przysłowiu jest ogrom prawdy. 

Share:

1 komentarze

  1. Ciekawe jakby zareagowali na tekst:
    -Niech mi pani nie daje tych pieniędzy, bo przepiję.
    #trolling

    OdpowiedzUsuń