Historia pewnego życia - czyli o tym, jak NIE motywować młodych ludzi

We wtorek po raz pierwszy w życiu wybrałam się na Targi Kariery, konkretniej na Absolvent Talent Days. Miałam czas, byłam w okolicy, uznałam, że zajrzę, zaintrygowana głównie wykładem pana Sołtysika - dziennikarza telewizyjnego i radiowego, prezentera i filmoznawcy. 

Tytuł spotkania brzmiał: "Filmowy scenariusz mojej drogi zawodowej", a agenda głosiła:

Dziennikarz radiowy i telewizyjny związany ze stacją TVN, przez 5 lat prowadził popularny program “Dzień dobry TVN” wraz z Magdą Mołek, studiował filmoznawstwo, którego… nigdy nie ukończył - Andrzej Sołtysik!

Jak wspiął się po szczeblach kariery, stając się rozpoznawalnym wśród większości Polaków? Czy istnieje coś takiego jak “scenariusz na życie”? Na te i inne pytania będzie można poznać odpowiedź w trakcie spotkania podczas Absolvent Talent Days w Poznaniu.


Jako że lubię wszelkie wykłady motywacyjne, spotkania z kategorii "od zera, do bohatera", mówiące o tym jak wygrać życie - szłam pełna nadziei i optymizmu. Średnio wierzę w wielką siłę motywacji w postaci godzinnego wykładu - to tak nie działa, aby zmienić czyjeś myślenie, dodać tej osobie sił, potrzeba wielu godzin pracy. Jednocześnie wiem, jak takie pogadanki na mnie działają - pozytywnie nakręcają mnie do pracy, sprawiają, że na kilka dni mój wewnętrzny akumulator zostaje doładowany dodatkową porcją energii. Za to wykłady motywacyjne cenię. Po to tam poszłam.

Pan Andrzej przywitał nas, podkreślił, że przedstawi nam wykład motywacyjny i zaczął słowami (cytuję z pamięci, ale gwarantuję, że sens i charakter wypowiedzi są zachowane): mam prawie pięćdziesiąt lat, dwa rozwody za sobą, trzy żony, jedno dziecko. A potem było tylko gorzej.

Wyobraźcie sobie salę pełną ludzi: młodych, ambitnych, kończących studia albo świeżo po studiach. Ludzi, którzy przyszli na targi, by zostawić CV - tej firmie wymarzonej, tej całkiem spoko i tej "ewentualnej", ale też niezłej. Ludzi pragnących dostać mentalnego kopa, być uskrzydlonymi, idących na wykład motywacyjny po to, by za godzinkę ruszyć w slalom między stoiskami, uśmiechać się do rekruterów uśmiechem numer pięć bądź osiem. Ludzi pełnych życia i pasji, którzy chcą podbić świat. I na chceniu się nie kończy - są na tyle ambitni, by ubrani w eleganckie koszule, z teczką pod pachą, w deszczowy zimny wtorek przywlec swoje wypełnione marzeniami głowy na targi pracy.

Pamiętajcie też, że są to ludzie, którzy chcą nie tylko kariery - wielu z nich wierzy, że założy rodzinę, pogodzi fajną pracę z fajną żoną/mężem/kochankiem/kilkoma kochankami (jak szaleć, to szaleć) albo będzie szczęśliwym singlem z bandą psów i kotów, whatever. Ludzie, którzy chcą osiągnąć coś fajnego - zarówno zawodowo, jak i prywatnie.

Macie to?

A teraz wyobraźcie sobie pierwszy wykład - z samego rana, praktycznie otwierający wydarzenie - i słowa pana Sołtysika. Słowa, które brzmią jak demotywator, w wolnej interpretacji: jestem stary, prywatnie mi się nie układa, ale przynajmniej praca jest spoko.

UWAGA: tak, wiem, że te słowa powiedziane były jako żart. Wiem, że wyznacznikiem jakości życia nie jest rodzina. Nigdy, ale przenigdy, nie uważałam ludzi w tym wieku za starych, wręcz przeciwnie: uważam, że mają wszystko poukładane i wreszcie mogą poszaleć i spijać śmietankę.

ALE nic nie poradzę, że te słowa, wypowiadane znudzonym i grobowym głosem, brzmiały demotywująco. Sorry.

Wspomniałam kilka akapitów temu, że potem było tylko gorzej. Dlaczego tak oceniam wystąpienie?

Gdy pan Sołtysik pracował jako młodzieniec w kinie, wtedy miał okazję wystąpić po raz pierwszy przed mikrofonem. Jako lektor. W ostatniej chwili został wezwany do tej pracy, na zastępstwo. Spodobało się, więc czytanie zlecano mu częściej. To muszę przyznać - pan Sołtysik o swojej pasji (jaką jest film) mówił przepięknie. Z pasją, natchnieniem, miłością w oczach...

A potem wyemigrował. Za granicą pracował na zmywaku, a także za barem. Podziwiam ciężką pracę, w pełni ją popieram. Sama chwytałam się różnorakich zajęć, pracowałam za grosze i ponad swoje siły. Pisałam teksty w ilościach hurtowych, rozdawałam ulotki. Jak potrzebowałam kasy to łapałam co wpadło i zawsze sobie powtarzałam, że zbieram doświadczenie.

Nie oceniam czyjegoś życia, nie czuję się do tego ani upoważniona, ani nie mam na to ochoty. Ale tu znowu w mojej głowie zapaliła się żarówka. Rozumiem, co próbowano nam przekazać - własne pieniądze są fajne (o czym usłyszeliśmy wielokrotnie), żadna praca nie hańbi, trzeba walczyć i działać, by dążyć do celu. Mam przynajmniej nadzieję, że temu opowieść miała służyć. Jednak nie wiem czy to w jakimkolwiek stopniu było dobre miejsce i dobry czas na tę historię.

Przypominam: byliśmy na targach kariery. Młodzi, ambitni, pełni pasji rozdawaliśmy CV i rozmawialiśmy z rekruterami. Czy więc na rozpoczęcie dnia, w ramach wykładu motywacyjnego, opowieść o tym, że za pieniądzem można wyjechać za granicę i chwytać się tego co popadnie jest dobra? Mam wątpliwości. W innym miejscu, o innym czasie, w innym celu - słuchałabym tej historii z przyjemnością. Lubię słuchać historii życia ludzi, którym się udało. Ale na pewno nie było to motywujące wtedy, tam, na targach pracy.

Po powrocie do kraju pan Andrzej miał farta (sam to powiedział). Żył w latach, gdy o pracę w mediach było łatwo. Wrócił do Krakowa akurat wtedy, gdy otwierała się pierwsza komercyjna stacja radiowa. Nie skończył studiów (co stwierdził z szerokim uśmiechem, by po sekundzie się zreflektować i stwierdzić, że nam jednak poleca studia skończyć) i wpadł w wir pracy. Tutaj już opowieść nabrała tempa i sensu, choć zostało na nią ostatnie piętnaście minut. Kilka zdjęć z różnych etapów kariery, kilka osób, które poznał, anegdota o dziennikarzu, który jako pierwszy odważył się spytać pewnego polityka "czy jest pan homoseksualny?" (serio? serio ktokolwiek uważa to za zabawne? - dodam, że pan Andrzej użył innego słowa niż homoseksualny, ale nie potrafię uwierzyć, że takie wyrażenie padło na scenie, więc powtarzam sobie, że się przesłyszałam).

Na koniec usłyszeliśmy podsumowanie - na sukces składa się szczęście, upór, ciężka praca i kilka jeszcze rzeczy. Sam pan Andrzej przyznał się nam, że akurat ciężka praca jego nie dotyczy (jeśli to był żart, to nie zrozumiałam).

Reasumując - z wykładu, zamiast zmotywowana, wyszłam trochę zawiedziona, trochę skołowana. Wrażenia będącej ze mną znajomej - młodej, ambitnej, szukającej właśnie pracy - były podobne. Nie oceniam czyjegoś życia, nie oceniam tej prezentacji jako oderwanej od rzeczywistości historii. Bo była ciekawa, tego odmówić jej nie mogę. Ale analizując ją w kontekście miejsca i czasu, w którym była wygłoszona - wyszło naprawdę słabo. A szkoda, bo liczyłam na przypływ mocy.

Share:

2 komentarze

  1. Lubie wykłady motywujące, z chęcią bym się na jeden wybrała. Ale po twoim poście chyba zmienię zdanie i zostane przy yt. . Polecam Ci https://m.youtube.com/watch?v=ktjMz7c3ke4 wykład jest boski i często do niech wracam. Pierwszy raz obejrzałam go nauczelni i kilka dni później obejrzałam go znowu. On się nie nudzi. A pan Andrzej. .. cóż po twoim komentarzy a raczej recenzji .. na mądrego nie wyszedł :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ot życie, tak czasem bywa, że coś lub ktoś nas rozczaruje. Po Twojej relacji z wykładu, myślę, ze też by mnie słowa pana nie zmotywowały do działania. W myśl, że człowiek uczy się całe życie zamiast motywacji otrzymałaś lekcję o zupełnie innym przesłaniu. Szkoda. Swego czasu lubiłam słuchać wykładu Jacka Walkiewicza pt. "Pełna moc możliwości". Pozdrawiam 😉

    OdpowiedzUsuń