Restaurant Week - symfonia smaków

Lubię jeść. I lubię bywać. Wyjścia do restauracji sprawiają mi dużo frajdy. U mnie w domu gotuje się naprawdę dobrze, dlatego za każdym razem, gdy ruszam na miasto, szukam czegoś oryginalnego. Dań, których nie znam bądź nie miałam okazji spróbować. Z drugiej strony czasem szukam miejsc - kultowych, znanych, oryginalnych - po to, by dowiedzieć się skąd wzięła się ich renoma, poczuć panujący w nich klimat.


Dziś słów kilka o akcji, która już jakiś czas temu skradła moje serce, ale dopiero przy okazji tej edycji udało mi się na nią wybrać - Restaurant Week. Przez tydzień wybrane restauracje w największych miastach oferują specjalnie przygotowane trzydaniowe menu - przystawka, obiad, deser - w cenie 39 zł. Pół-żartem, pół-serio zawsze stwierdzam, że to świetna okazja by udać się do miejsc, na które zwyczajnie mnie nie stać oraz by przetestować "potrawy szefa kuchni", którymi - jak powszechnie wiadomo - człowiek się nie naje, ale które jednocześnie są specyficznym doznaniem, symfonią zmysłów wartą przeżycia. 

Oczywiście na Restaurant Week nie wchodzi się ot, tak, z ulicy, mówiąc, że chce zjeść to i to. Festiwal oferuje specjalny system rezerwacji stolików. Wcześniejsza przedpłata jest obowiązkowa. W momencie pojawienia się na miejscu o danej godzinie przystawka praktycznie już czeka na klienta. Warto też napomknąć, że większość restauracji oferuje dwa specjalne menu - do wyboru. Jedno jest na ogół opcją wegetariańską. Ponadto w ramach rezerwacji otrzymuje się zniżki od partnerów festiwalu. Natomiast na rozkoszowanie się smakami jest dokładnie półtorej godziny. 

Miejsca na festiwalu znikają w zawrotnym tempie, dlatego udział w wydarzeniu warto zaplanować ze sporym wyprzedzeniem. 

Ja w tym roku zdecydowałam się na dwie knajpy. Wahałam się między jeszcze kolejnymi dwoma. Jedna z nich niestety akurat nie miała wolnego stolika, gdy ja byłam w Poznaniu. Druga - Bistro La Cocotte - miało termin, ale miało też schody. Oczywiście obsługa zaoferowała pomoc we wniesieniu wózka ("jest tylko kilka stopni"), jednak jak wyjaśniłam, że będę na elektrycznym, którego nie wolno dźwigać, a że z ogromną chęcią kiedyś w przyszłości spróbowałabym ich mule (i zasugerowałam zainteresowaniem się dostępnymi rozwiązaniami) - dostałam informację, że mają nadzieję, że spróbuję, ale przebudowa wymagałaby dużych nakładów finansowych. Cóż, kilka stopni - zasugerowałam zatem, że jest mnóstwo mechanizmów składanych (które np. widziałam w naprawdę malutkich knajpach we Francji). Nie wykazali zainteresowania, choć jeszcze żywię cichą nadzieję, że może jednak kogoś kiedyś natchnie na poszperanie w sieci.

Trochę smutno. Potrafię zrozumieć, że są miejsca, w których naprawdę nie da się nic zrobić bez wydawania fortuny. Ale kilka stopni nie jest przeszkodą nie do pokonania. Wystarczą chęci. Składane szyny czy platforma. Tym sposobem stracili klienta - a byłabym nim, byłabym regularnie, bo za owoce morza dam się pokroić.

Koniec jednak narzekania - pora opowiedzieć o tych dwóch restauracjach, które miałam przyjemność odwiedzić.

Piano Bar
źródło zdjęcia: fanpage restauracji

Przystawka
Carpaccio z marynowanego buraka z kiełkami groszku, prażonymi pestkami dyni i sosem chrzanowym podane z wypiekanym w naszej kuchni pieczywem włoskim i masłem ziołowym

Danie główne
Soczyste Skrzydełka z kurczaka marynowane w miodzie i ziołach podane na modrej kapuście z suszonymi owocami i ziemniaczanymi talarkami

Deser
Szarlotka z kwaśnych jabłek na ciepło podana z konfiturą z żurawiny i lodami waniliowymi.

Miejsce to wybrałam z dość banalnej przyczyny - było dostępne (jako jedno z nielicznych) wtedy gdy mogłam iść. Ponadto ma w Poznaniu renomę jednej z najdroższych i najlepszych restauracji, chciałam więc zwyczajnie go doświadczyć.

Pierwsze wrażenie? Elegancja. Klasa. Styl. Piano robi takie wrażenie, z jakiego słynie. Kelnerzy poruszają się bezszelestnie, zawsze pojawiają się dokładnie wtedy, gdy powinni. Białe obrusy, świece, obrazy - splendor w bardzo eleganckiej, szykownej wersji. W Piano nie czuć atmosfery zadufania, która czasem się pojawia w droższych restauracjach. Wszystko jest dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Wysmakowane. Podobało mi się.

Menu festiwalowe nie uwzględnia napojów, więc tu mnie spotkało miłe zaskoczenie: ceny takie jak w niejednej knajpie na poznańskim rynku. Za piwo, kawę czy drinki kwoty były całkiem rozsądne. Przejdźmy jednak do gwoździa programu - jedzenia!

Przystawka mnie zachwyciła. Nie wiem czy byłam do tego stopnia głodna, czy to naprawdę było genialne. W końcu dostałam "tylko pokrojonego buraka". Jednak z sosem chrzanowym i resztą dodatków zrobił na mnie naprawdę piorunujące wrażenie.

Następnie danie główne. Tutaj oceniłabym je według tej zasady: jeśli u kogoś w domu kuchnia nie jest genialna, to będzie zachwycony. Skrzydełka przypominały mi typowe jedzenie domowe, choć jak rozmawiam ze znajomymi, to mało kto na co dzień przyrządza takie smakołyki. Modra kapusta - tak samo. Po prostu pyszna.


Natomiast deser... Rozczarowujący. I nie, nie mam na myśli tego, że był nie dobry! Smakował mi. Po prostu dla mnie szarlotka musi być "tradycyjna", trochę ciasta, dużo jabłek, do tego lody i najlepiej bita śmietana (mniam!). Szarlotka według Piano to po prostu jabłka skryte w cieście francuskim. Takie "trójkąciki" w mojej mieścinie oferuje piekarnia za kilka złotych jako przegryzkę. Dlatego, jakkolwiek podkreślam: było smaczne!, poniekąd poczułam się rozczarowana.

Po sprawdzeniu karty menu restauracji jeszcze jedna rzecz mnie zainteresowała. Restaurant Week oferuje spróbowanie najlepszych potraw w każdej z restauracji za niewysoką kwotę. Tutaj, chcąc sprawdzić ceny tego co jadłam - w menu znalazłam wyłącznie szarlotkę (23 zł). Wolałabym jednak w trakcie takiej przygody móc spróbować potrawy, którą - jeśli mnie zachwyci - będę mogła w restauracji zjeść ponownie. Już po fakcie przeglądając ich fanpage zainteresował mnie też fakt, że oni akurat mają taką akcję regularnie - trzy dania i to za jeszcze mniej, bo 36 zł. Pewnie więc kiedyś do Piano wrócę.

Na podstawie tego co zjadłam mogę stwierdzić, że Piano Bar jest fajnym miejscem dla kogoś, kto tęskni za po prostu dobrym jedzeniem (bo na przykład sam nie lubi gotować). Warto też się wybrać na randkę - ceny są wysokie, ale desery i napoje nie aż tak zabójczo, a klimat który w Piano panuje na pewno zrobi wrażenie na każdym, kto lubi choć odrobinę luksusu w szarym, codziennym świecie.

 Papierówka
Źródło zdjęcia: fanpage restauracji

Przystawka
Pasztet z gęsiny z galaretką z modrej kapusty, musem jabłkowym,marynowaną rediską, chipsem z pyry i buraka.

Danie główne
Polędwiczka wieprzowa i boczek confit, bambrzok, żółty kalafior, wężymord, marchewka, truflowe puree.

Deser
Dyniowy creme brulee z konfiturą z pomarańczy i likieru Cointreau.

Drugie miejsce, które odwiedziłam, to Papierówka. Tym razem skusiło mnie menu pełne obcobrzmiących słów. Nie wiedząc zupełnie co to za restauracja, tradycyjnie odezwałam się do nich z pytaniem czy są schody bądź inne przeszkody. Dostałam informację o jednym stopniu, około 10 centymetrów.

Ktoś chyba źle policzył. Bezpośrednio przed drzwiami faktycznie jest jeden stopień. Jednak aby dostać się do restauracji od strony podjazdu - jest drugi stopień. Trzeci jest w samych drzwiach, jednak ten akurat naprawdę niski. Na szczęście nie byłam sama, wejście do środka zatem nie sprawiło wiele problemu. 

Znowu jednak, by za dużo nie narzekać, pora przejść do tematu jedzenia. I znowu: było przepysznie!

Tylko na inny sposób. W Papierówce poszerzyłam swoją znajomość smaków tego świata. Potrawy były maleńkie - typowe degustacyjne. 


Przystawka - przepyszna! Uwielbiam pasztety, więc całkowicie trafiła w mój gust. Co prawda najbardziej się zachwycałam kiełkami (kiełki groszku! jakie dobre!), ale chips ziemniaczany także zaspokoił moje kubki smakowe chipsów złaknione (które kocham niewyobrażalnie, ale dieta nakazała mi ich wyeliminowanie).


Danie główne - znowu pychota. Choć truflowe puree okazało się nie być w moim guście, a polędwiczka lekko wysuszona (polędwiczki cenię w formie standardowej, czyli z czerwonym paseczkiem w środku), to do całej reszty nie mam zarzutów. Boczek bardzo mi smakował, żółty kalafior także (a kalafioru nie lubię).

Natomiast deser, istna bajka! Na niego na pewno do Papierówki wrócę. Pierwszy raz w życiu jadłam creme brulee (jakoś nigdy nie było mi z nim po drodze) i zakochałam się bez pamięci. Cudo.

Papierówka ma menu zmienne, więc znowu nie dane mi było sprawdzić ceny całej kolacji. Choć i tak mam wrażenie, że tutaj, w przeciwieństwie do Piano, na naszych talerzach wylądowało po trochę z każdego z oferowanych dań.

Podsumowując - wrócę. Na pewno na creme brulee, może także na coś innego. Dania są naprawdę dobre, a wykorzystywane w Papierówce warzywa na tyle niepospolite, że z chęcią jeszcze je trochę "potestuję".

Jeśli w tym roku przegapiliście Restaurant Week - polecam zainteresować się kolejną edycją. Za niewielkie pieniądze można przeżyć fajną kulinarną przygodę. Przyznaję - raczej się nie najecie, a kwoty i tak są wyższe niż w przeciętnym fast-foodzie czy nawet niektórych naprawdę dobrych jadłodajniach. Jednak nie o to chyba chodzi, by wrzucać w siebie co popadnie, a by próbować nowych smaków, poznawać nowe miejsca i poszerzać horyzonty.

Share:

2 komentarze

  1. Dziękuję za interesujący wpis. Nie znałam tej akcji,ale już zaglądam na ich stronę. Może uda mi się załapać w tym roku.
    Pozdrawiam 😉

    OdpowiedzUsuń