Pragnienie przygody - Hobbit: Bitwa pięciu armii

Przeżyłeś kiedyś przygodę? 

Taką prawdziwą i intensywną?

Tęsknisz do niej?

O najnowszym "Hobbicie" mówi się wiele - więcej złego, niż dobrego, choć każdy krytykujący brak logiki jednocześnie podkreśla, że film ten jest magiczny. Piękny, po prostu. Wśród recenzji wyczytałam także, że "Hobbit: Bitwa pięciu armii" każdego z nas czegoś uczy. Skłania do refleksji. Najczęściej pojawiającym się tematem jest motywacja bohaterów i powody bitwy: czyli chęć zysku. Mówi się, że niezależnie od rasy czy wykształcenia, pieniądz napędza wszystko. I faktycznie, mogłabym seans tak podsumować. Gdyby nie inna refleksja, do której film mnie skłonił...


Pytanie postawione na początku notki nie jest bezpodstawne - seria "Hobbit" okazała się moim małym osobistym "wyzwalaczem" w mózgu, skłaniającym do refleksji nad życiem i jego sensem. Przecież życie jest naszą największą przygodą i tylko od nas zależy jak będzie ona wyglądać...

Czy jednak przeżywanie przygód ma sens? To pytanie towarzyszyło mi po wyjściu z kina... Przed oczami miałam bowiem obraz Bilbo Bagginsa: hobbita, który przeżył coś wspaniałego. Wielkiego. Innego niż wszyscy z jego rodu, ba!, niż wszyscy z jego rasy. I czym kończy się film? Ktoś powie: siedzącym starym mężczyzną, który wspomina szczęśliwe chwile. Ja powiem: człowiekiem, który za tymi chwilami tęskni. Rozpaczliwie, choć ukrywa to pod uśmiechem.

Interpretacji może być wiele.

Częstokroć w gorsze dni, gdy rozmawiam z ludźmi o zbliżonych do mojego charakteru, gdy zaczynamy mieć dość, zmęczeni zaczynamy narzekać to stwierdzamy, że życie byłoby łatwiejsze, gdyby nie nasze pragnienie przygody. Gdyby ta nieustanna i dokuczliwa potrzeba, by coś się w życiu działo nigdy nas nie dotknęła. Egzystencja paniusi, które żyją wyłącznie imprezami, a jedyne czego pragną w życiu to ślub i dzieci. I jeszcze dobrze, żeby mąż nie bił. Nie krytykuję - każdy ma prawo przeżyć swoje życie jak chce. Stwierdzam jedynie, że taki mózg nakierowany na najbardziej pierwotne potrzeby jest... mi obcy. I, we wspomnianych chwilach zniechęcenia, wydaje się stylem życia jednocześnie łatwym i satysfakcjonującym. Kuszącym, choć z uwagi na to, że doświadczyłam już czegoś pięknego - całkowicie nieosiągalnym.

Moim zdaniem, w satysfakcji tkwi problem przygód. Przygody uzależniają. Przeżyłam ich wiele i wiem, że z każdą kolejną - czułam się bardziej pochłonięta. Coraz intensywniej pracowałam, coraz więcej pragnęłam. Dlatego obraz szczęśliwie wspominającego Bilbo wydaje mi się niewiarygodny - dlatego widzę smutek gdzieś w głębi jego serca. Z prawdziwą przygodą jest ten problem, że jak już raz jej doświadczysz, to zawsze będziesz chciał więcej. Czy można więc powiedzieć, że się jest usatysfakcjonowanym? Można, oczywiście. Ale ten stan trwa nazbyt krótko.

Gdybym jednak mogła cofnąć czas - nic bym nie zmieniła. Bo dzięki temu wszystkiemu czuję, że żyję. Trochę jak w nałogu, słodkim uzależnieniu. Ale prawdziwie. Przypomina mi się biografia Edith Piaf o znaczącym tytule: niczego nie żałuję. Biografia kobiety, która przeżyła wiele. Też tak chcę na końcu swojej największej przygody móc powiedzieć...


Takie są moje wrażenia po "Hobbicie", takie moje myśli niepoukładane. A Wy, widzieliście już film? Jak go odebraliście? I czy też kochacie to drżenie serca, gdy przygoda kolejna nadciąga, choć jednocześnie macie świadomość, że im głębiej ten wir Was wciąga, tym trudniej będzie o odnalezienie przyjemności w chwilach spokojnych?

Share:

0 komentarze