Tam gdzie kończy się bajka... - "Grace. Księżna Monako"



Ostatnio o Grace Kelly zrobiło się głośno. Wszystko za sprawą filmu z Nicole Kidman i książki biograficznej, która właśnie się ukazała i którą mam przyjemność zrecenzować. Przyznaję, że wcześniej o tej postaci nie słyszałam. Grace, księżna Monako? Nie, nic mi to nie mówi. Dodatkowo trochę mnie zniechęcał fakt, że książka jest biografią. W swoim życiu prawdopodobnie przeczytałam jedną biografię ("Coco"), która była bardziej fabularyzowaną powieścią inspirowaną postacią Coco Chanel niż jej życiorysem. Mimo to po "Grace. Księżna Monako" Joanny Spencer sięgnęłam z dreszczem radości - skoro wszyscy tyle mówią o tej postaci, to ciekawość nie pozwoliła mi odpuścić lektury.

Po przeczytaniu kilku stron w głowie kołatało mi jedno słowo: Wikipedia. Książka, po której spodziewałam się jakiejś ciekawej narracji - okazała się być najzwyklejszą biografią. Daty, wydarzenia, cytaty przyjaciół. Wszystko to ładnie napisane, bogatym językiem, ale wciąż w stylu kojarzącym mi się z encyklopedią.

Na szczęście - szybko przywykłam. Gdy przeżyłam pierwszy szok, że książka opowiadająca o ponoć fascynującej kobiecie może być tak sucho pisana - przestało mi to przeszkadzać. I z każdą stroną było coraz lepiej...

"Grace. Księżna Monako" opowiada historię Grace Kelly - od narodzin do tragicznego finału. Od początku zapałałam sympatią do tej postaci - i chyba jest to główny powód dla którego książka mi się spodobała. Grace urodziła się tego samego dnia co ja - za co dostała plusa już na wstępie. Była spokojnym inteligentnym dzieckiem, a gdy dorosła - zaczęła robić karierę w filmie. Grace do wszystkiego doszła sama. Ciężko pracowała, cechował ją niezwykły upór w dążeniu do celu - i udało się. Przy tym nie odniosłam wrażenia, by była typem nudziary - autorka wielokrotnie wspomina o uroku, który Grace wokół siebie roztaczała, o dziwnej aurze, która od niej biła i mieszała mężczyznom w głowach. Z zewnątrz spokojna, opanowana, wręcz dystyngowana - w środku wulkan. Lubię takie osobowości, skrajne, a jednocześnie dziwnie harmonijne. Lubię ludzi, którzy dążą do postawionych sobie celów. I dlatego polubiłam Grace. Zaciekawił mnie też jej urok, szczególnie, że w środku książki znajduje się kilka jej zdjęć - i w moim odczuciu żadna z niej piękność nad pięknościami. Owszem, kanony urody się zmieniają... ale nie, nie przekonuje mnie. Grace była ładną kobietą - po prostu, tak jak większość z nas. To może podbudować kogoś kto postrzega siebie przez krzywe zwierciadło. 


Niestety, bajka się skończyła w tym momencie, w którym tak naprawdę powinna się zacząć - Grace została księżną. Zaczynamy poznawać kobietę zdolną, osiągającą wiele, a jednocześnie smutną. Opis na okładce wspomina, że Joanna Spencer nie lubi księcia - i od połowy książki można to wyczuć w naprawdę każdym zdaniu. Grace przedstawiana jest jako kobieta, która osiągnęła wiele, ale jednocześnie została zamknięta w złotej klatce. Pracująca od rana do wieczora, żona księcia, pragnąca uczucia, przyzwyczajona do ognia, który rozpala w mężczyznach - stawała się coraz bardziej samotna, coraz bardziej oddalała od mężczyzny, z którym obiecywali sobie szczęśliwe życie. Przez chwilę żyli jak w bajce, możliwe, że kochali się przez całe życie - ale na pewnym etapie się wypalili. Zaczęli żyć razem, ale oddzielnie, każdy ze swoimi obowiązkami. Stare małżeństwo w najgorszym znaczeniu.

W tym miejscu pojawiają się też dzieci. Jak dla mnie - Joanna Spencer poświęciła im zbyt dużo uwagi, przez co ten fragment trochę mnie znudził. Z drugiej jednak strony, jeśli autorka mówi prawdę - dzieci stały się dla Grace jedyną radością i prawdziwym sensem życia. Z tej perspektywy - opowieść o nich ma znaczenie.

A potem jest wypadek, a po nim - śmierć. Autorka prezentuje nam pełną listę obrażeń. Nadal w stylu encyklopedycznym. Dziwny jest kontrast między otrzymaniem suchych faktów, a świadomością, że czytamy historię prawdziwą. Złamania, stłuczenia, krwiaki... Abstrakcyjne wrażenie.

Filmografia, dzieci, bale charytatywne, romanse - tylko tyle lub aż tyle. "Grace. Księżna Monako" nie spodoba się każdemu, a nawet odważyłabym się powiedzieć, że spodoba się nielicznym. To nie jest książka do jakich przywykliśmy. To raczej suche fakty doprawione cytatami znajomych i ubrane w ładną okładkę. Jeśli jednak ktoś polubi Grace - przy tej historii będzie bawił się wyśmienicie. Tak jak ja. Bo dobry życiorys nie zawsze potrzebuje wielkich słów by zostać opowiedzianym.

Dziękuję wydawnictwu Muza S.A. za egzemplarz do recenzji.
Zaczytane zdjęcia autorstwa Sylwii Silvo P.

Share:

8 komentarze

  1. Nie można ocenić, czy ktoś jest ponadprzeciętną pięknością patrząc na zdjęcia. Na zdjęciach, jak mówisz, można być po prostu ładną. Można być nawet bardzo ładną (wedle mnie Grace niczego nie brakuje). Ale piękno to dla mnie nie to samo, co uroda. Piękno widać właśnie na żywo, to jakaś samoświadomość, sposób bycia i odrobina charakteru, przebijająca w gestach, spojrzeniach, uśmiechach, sposobie mówienia, czy też milczenia. Ten magnetyzm, którego nie da się do końca uchwycić w nieruchomych obrazach, a i ruchome mogą być zwodnicze.
    A co do odczuć związanych z książką, identyczne jak Ty tutaj miałam czytając "Piękny umysł". Bo to taki wspaniały film był, więc wyłudziłam od brata na urodziny książkę - a tam suche fakty. Niespodzianka, prawda. Ale tak to jest, jak się nie nawykło do czytania biografii. Bo proza życia często bywa smutna, a przede wszystkimi zbyt dobrze znana, wybieram więc tę fikcyjną, w nadziei, że powie mi coś, czego jeszcze nie wiem. A ludzi, którzy mnie fascynują, wolę poznawać przez ich działania w świecie, a nie to, co mówią wprost o sobie. Zaraz, wątek mi się rozmywa i wychodzi na to, że biografię jestem w stanie przełknąć, ale autobiografii chyba bym nie była. I a propos biografii, leży sobie u mnie opasła biografia Steve'a Jobsa i nie mam kiedy się za nią zabrać. Ktoś zna? Ktoś poleca?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. O Matko Smoków, tyle powtórzeń w drugim akapicie zrobiłam. Staczam się językowo, więc przyjmijmy uniwersalne wytłumaczenie niedyspozycji umysłowych: piątek, do tego prawie upalny ;)

      Usuń
    2. Owszem, obiektywnie ocenić nie można - dlatego oceniam subiektywnie, a subiektywnie ona jest dla mnie po prostu "ładna" - a w książce jest tak opisywana jako bóstwo, że zanim doszłam do zdjęć miałam wyobrażenie urody nadzwyczajnej. Może stąd ten dysonans w moich odczuciach - bądź co bądź dysonans pozytywny, bo zobaczyłam normalną ładną kobietę :) Piękno siedzi w nas, i owszem, ale gdy przez połowę książki czytasz o czymś wyjątkowym - to masz wygórowane oczekiwania to ujrzeć.

      Usuń
    3. Subiektywnie i tak jest zawsze, ale po samych zdjęciach można oceniać inaczej, niż gdy się widzi na filmie lub na żywo. Niektórzy lepiej wyglądają "w akcji" niż na statycznych portretach, osobiście znam ludzi, którzy mnie zachwycili tym, jak pięknie im się robią zmarszczki wokół oczu, gdy się uśmiechają, lub jaki piękny głos mają, gdy mówią spokojnie, a jednocześnie z pasją - a na zdjęciach pewnie bym rzekła, że szału nie ma ;)
      Pożyczę chętnie, nie ma sprawy.

      Usuń
    4. Zgadzam się ze wszystkim co piszesz, ale dla mnie ktoś, kogo opisuje się jako niesamowicie pięknego itd. powinien być piękny nie tylko na żywo, ale też na zdjęciach, filmach czy w kapciach ;) Podkreślam jednak: w książce naprawdę jest ogrom zachwytów nad jej wyglądem, stąd moja reakcja.

      Usuń
  2. dawno mnie tu nie było, ale rozumiesz, praca w radio, fajnie opisujesz, zapraszam do mnie

    OdpowiedzUsuń
  3. biografia o suchej, encyklopedycznej narracji? To nie dla mnie, biografia, powinna wciągać czytelnika, pokazywać jej bohatera z różnych stron, szczelnie zamykać w swoim świecie, niestety nie jestem przekonana:(
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń