Jak wygrać życie? - wpis motywacyjny

Życie jest jedno - tę świadomość ma chyba każdy z nas. Niezależnie od tego jaka mocna jest nasze wiara - w Boga, w Allaha, w ich brak, w nieskończoność, w kosmos, w ateizm podniesiony do rangi religii, w Spaghetti i całą resztę - tak naprawdę nie wiemy co nas czeka po śmierci. Dlaczego więc tak często marnujemy swój czas bojąc się i powtarzając, że nie damy rady? Dlaczego pozwalamy by przeciekał nam przez palce?


Wierzę w to, że marzenia się spełniają. Te małe i te najbardziej szalone. Gdy wyznaczam sobie cele - motywuję się z całych sił i do nich dążę. Pojawiłam się znikąd, uparłam się... i nagle jestem pisarką, jestem zapraszana na konwenty i do antologii. Założyłam bloga VamppiV "bo miałam ochotę"... i prowadzę go od roku, mam coraz więcej czytelników i od czasu do czasu wygrywam w konkursach. Ktoś powie, że to dlatego, bo mam talent - owszem, pewnie ma to znaczenie. Ja jednak dodam prawdę starą jak świat - w drodze do sukcesu talent to tylko kilka procent, cała reszta to upór i ciężka praca.

Chcę Was zmotywować do działania i odważnego marzycielstwa. Przeraża mnie jak często słyszę "nie, bo ja się boję...", "no co ty, ja się wstydzę...", "nieee, może kiedy indziej...". Kiedy? Skąd wiesz, że jutro nie wpadniesz pod samochód i nagle to całe później przestanie istnieć? 

Tak naprawdę jest tylko tu i teraz. Jest chwila, którą możemy wykorzystać, by coś osiągnąć lub zmarnować zastanawiając się co by było gdyby.

Wczoraj spełniło się jedno z moich małych-wielkich marzeń. Udało mi się dostać do pewnego stowarzyszenia, na którym mi bardzo zależało. Myślicie, że łatwo mi mówić, bo jestem pewna siebie i przebojowa? Błąd. Przez tydzień przed testami kwalifikacyjnymi wypełniałam przeróżne przykładowe, upewniając się w tym, że jednak jestem debilem. Na testy szłam przerażona, a jedyne co sprawiło, że w ostatniej chwili nie uciekłam, to chyba fakt, że udział miałam już opłacony. Po wyjściu czułam się zdruzgotana - choć miałam wrażenie, że dobrze mi poszło, to złośliwy chochlik w głowie powtarzał: "Skoro myślisz, że było dobrze, to na pewno zrobiłaś głupie błędy przez nieuwagę i nie wyszło!". Przeżywałam wszystko to, co przeżywa stresujący się człowiek. Aż tu nagle przyszedł listonosz z informacją, że się udało.

Chcę przez to powiedzieć, że aby spełniać marzenia nie musicie być przebojowi czy śmiali od razu. Kilka lat temu byłam przeraźliwie nieśmiała. Na szczęście świadomość, że życie jest jedno zawsze była we mnie mocno zakorzeniona, więc z nieśmiałością postanowiłam walczyć. Pamiętajcie, że charakter można wyćwiczyć. Zacznijcie od drobnych rzeczy - spytajcie na ulicy o drogę, zaczepcie w autobusie kobietę z pytaniem gdzie kupiła tę piękną torebkę, zagadajcie do chłopaka obok co czyta. Tylko tyle i aż tyle. Poza tym z nieśmiałości można uczynić swoją zaletę, może stanowić o naszym uroku osobistym, pod warunkiem, że nie blokuje nas. Mam wrażenie, że większość blokad zakładamy na siebie sami. Niczym kajdany, obawiając się co powiedzą ludzie, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Bo tak serio - jakie znaczenie ma opinia "społeczeństwa" w sytuacji, gdy dążymy do czegoś co uczyni nas szczęśliwymi (no, chyba że do zagłady ludzkości, ale zakładam, że każdy kto to czyta jest raczej w pełni władz umysłowych ;))? Zwykle najbardziej marudzą, plotkują i dokuczają ci, którzy nie mieli wystarczająco odwagi, by zrobić coś ze swoim życiem. A od kiedy to przejmujemy się opiniami sfrustrowanych tchórzy, co?

Nie bójcie się też porażek. To dzięki nim się uczymy i rozwijamy. Fakt, że czasem się nie udaje, nie oznacza, że jesteśmy beznadziejni. Traktujmy je jako lekcję i wskazówkę na przyszłość. Analizujmy na chłodno - czy to my zawaliliśmy czy może po prostu to nie była nasza chwila. Jeśli zawaliliśmy - spoko, nie jesteśmy robotami, wyciągnijmy tylko wnioski na przyszłość jakich błędów nie popełniać i przestańmy przeżywać. To tak jak z recenzjami literackimi - choć pochwały to najprzyjemniejsze, co można zrobić autorowi, to cenię sobie krytykę. Dzięki niej mój styl się zmienia, pracuję nad sobą i walczę by osiągnąć jeszcze więcej.

Nie rezygnujcie z marzeń. Szkoda na to czasu. Zacznijcie od drobiazgów, zacznijcie cieszyć się z najmniejszych nawet osiągnięć, aż nagle się zdziwicie z jaką łatwością zdobywacie rzeczy wielkie. Tego Wam życzę. Bo życie trzeba zdobywać, a nie bezmyślnie płynąć z prądem.

Share:

8 komentarze

  1. bardzo dobry wpis, Sylwia. Ja sama czesto lapie sie na tym,ze jedyne co mnie ogranicza, to powtarzane "boje sie...". Niby nic, a taki mur... czytam ostatnio duzo ksiazek o samorozwoju i staram sie zmieniac pewne rzeczy na lepsze. Wiecej takich wpisow ! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. AMEN! :)
    Ja się wzięłam w garść - choć inni uważają, że zakończenie chorego małżeństwa jest moją porażką, tak naprawdę jest spełnieniem moich marzeń. Oddycham pełną piersia, nie marnuję czasu na lęk przed drugą osobą. Stawiam sobie cele i osiągam je! :
    Marzenia się nie spełniają. To my je spełniamy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a dla mnie jestes kobieta, ktora pokazla,ze umie walczyc o siebie i swoje szczescie !

      Usuń
  3. "Jeśli upadnę to wstanę, a jeśli nie to najwyżej sobie poleżę". Jestem zdania, że zawsze trzeba próbować. Uda się- będziesz szczęśliwa, nie uda się- nic nie stracisz, zyskasz nowe doświadczenia i wiedzę. Więc jak najbardziej zgadzam się z postem !
    http://liveofsmile.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. No nie gadaj, że dostałaś się do mensy? :D Kilka dni temu miałam przebłysk w stylu 'a się zapiszę, pokażę KOMUŚ coś - żeby przestał mnie nazywać debilem' - to chyba mnie jednak zbyt mało motywuje :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsza z możliwych motywacji, robienie czegoś 'by pokazać'. Musisz robić dla siebie, tylko wtedy się uda na dłuższą metę :)

      Usuń
  5. Teoria ma jedną dziurę - czasem żeby coś osiągnąć, musisz poczekać.
    Oznacza to, że czasami żebym coś osiągnęła, muszę "zmarnować" kilka albo nawet wiele dni.
    Opierając się na swoim przykładzie: czasami musiałam przez 3 miesiące zasuwać w najpodlejszej pracy, żeby uczciwie zarobić na kilka godzin lekcji śpiewu, które trwały krótko a po nich następowały dni ćwiczeń, zanim dotarłam do momentu, kiedy na moment byłam w niebie spełniania marzeń...po czym ktoś musił zarobić na wkład do wc, przysłowiowy chleb i pomyć naczynia ;)
    Mówi się, że najlepiej żyć chwilą ;) Tak naprawdę każdy byłby za pomocą tej rady bankrutem, bo nie skupiałby się na celach długoterminowych tylko na zaspokajaniu chwilowych przyjemności.

    OdpowiedzUsuń