Trzy dni w fantastycznym raju - poPyrkonie!

Celowo zwlekałam z pisaniem, odkładałam ten moment na później, na jutro... Pisanie relacji z Pyrkonu przypomina mi trochę rozdrapywanie ran. W ciągu trzech dni zrosłam się z miejscem, w którym wszystko co fantastyczne jest tak prawdziwe. Z ludźmi, za którymi tęskniłam od ostatniego spotkania na konwencie. Od powrotu czuję się trochę jak zerwany kwiat - niby mam wodę, niby mam piękny wazon, ale to przecież nie to samo co radość z naturalnego otoczenia. A tak się czuję właśnie na konwentach - jak w swojej oazie, w swego rodzaju domu.

Tegoroczny Pyrkon nie zawiódł. A wręcz przeciwnie - przerósł moje najśmielsze oczekiwania!



Piątek. Odważnie ruszyłam do Poznania korzystając z dogodności, które dają mi Koleje Wielkopolskie. Przeżyłam niezłą przeprawę z biletami (od tej pory zawsze będę pamiętać, by mieć orzeczenie o niepełnosprawności w torebce) i dotarłam do celu.

Pierwsze zdziwienie? Praktycznie zero kolejek. Co jest, czyżby ludzie zbojkotowali konwent?! Nie, wręcz przeciwnie - przybyli w niezwykłej liczbie: 24 tysiące uczestników. Więcej niż na niektórych gigantycznych konwentach w Europie. WOW. To po prostu organizatorzy dali z siebie wszystko i zapewnili fachową obsługę. I choć mnie, jako gościa, kolejkon zawsze omijał, to poczułam, że coś się zmieniło na lepsze.

Nie miałam zbyt wielu planów. Po raz pierwszy w życiu pojechałam na konwent na kompletnym spontanie - plan przejrzałam dopiero siedząc gdzieś w kącie na targach i kątem oka obserwując ludzi. Zawsze zachwycają mnie przebrania, ale od miasteczka postapokaliptycznego po prostu nie szło oderwać wzroku! Mroczna bajka.

Ostatecznie postanowiłam wpaść na jedną prelekcję - o bizarro. Plan szybko spełzł na niczym - nie wepchnęłam się. Cóż, tak to jest, gdy człowiek decyduje się pięć minut po czasie. W końcu skupiłam się na spacerowaniu, rozmawianiu z przyjaciółmi, oglądaniu stoisk i... kalamburach! :D Tylko tyle i aż tyle.





O 19.30 miałam pierwszą poważną atrakcję - panel dyskusyjny. Razem z Kazimierzem Kyrczem i Dawidem Kainem rozmawialiśmy o tym "Ile krwi w horrorze". Świetna prowadząca zasypywała nas pytaniami o preferencje literackiej, gore, uwielbienie do makabry. I choć, jak zwykle zresztą, nic z panelu nie pamiętam (czy kiedyś nerwy przestaną mnie zjadać...? hmm, mam nadzieję, że nie), to miałam wrażenie, że odbiór był pozytywny.

Po panelu, jak to po panelu... Konwentowe piwo, któremu nikt chyba się nie oprze.

Sobota. Nie powiem, by była bardziej ambitna od dnia poprzedniego. Dotarłam dopiero popołudniu i pierwsze co zrobiłam to zaciągnęłam znajomą na konkurs ogólnoliteracki. Uwielbiam ten cykl konkursowy, zawsze czuję się jak durna analfabetka! :D Żadne inne wydarzenie na Pyrkonie nie udowadnia człowiekowi, że jego wiedza o literaturze jest znikoma. Nie trafiłam na ani jeden utwór, który znałam, ale ostatecznie nasza drużyna skończyła z jednym punktem. Udało mi się trafić i zgadnąć odpowiedź na pytanie "Jak daleko może polecieć wampir w książce ....?". Logika podpowiedziała mi, że skoro wampiry nie latają, to tak daleko jak może skoczyć. Trafiony-zatopiony, jednak ścisły umysł czasem się przydaje!





A potem... nooo, jak to na konwencie. Nie mając konkretnych planów wylądowałam w miejscu wiadomym ze znajomymi w celu równie wiadomym. Na koniec natomiast zawitaliśmy do games roomu. Gdzieś około ósmej, by zagrać godzinkę w jakąś planszówkę. Łatwo się domyślić, że skończyliśmy o drugiej w nocy, mocno się nienawidząc (zgodnie z klasyczną odpowiedź na pytanie "jak tam gra w Munchkina?", "Świetnie, już się nienawidzimy!" - w tym miejscu pozdrawiam Nivrame, która zaszczepiła we mnie ten elokwentny tekst).





Niedziela. I znowu - kręcenie się, znajomi i ta rozpacz gdzieś w sercu na myśl, że to już koniec. Jeszcze po drodze zaliczyłam kolejny panel dyskusyjny - "Inkubator pisarski", na którym razem z Marcinem Rusnakiem i Martyną Raduchowską rozpętaliśmy istną literacką dysputę. O porządek zadbał prowadzący - Simon Zack. Przyznaję, że wyszło mu to w stylu zaiste mistrzowskim.

Właściwie zaczynając pisać tę relację zastanawiałam się o czym będzie. Cały mój pobyt na Pyrkonie można podsumować czterema P: Panele, Przyjaciele, Planszówki, Picie. Nie oddają one jednak tego jak wspaniałe były te trzy dni... Po brzegi wypełnione śmiechem, szczerymi gestami, wygłupami. Nie oddadzą dyskusji o twardości i zwisach, chwil, gdy wszy łonowe atakowały czarodziejów ani smaku pieczonego jabłka z czekoladą, podzielonego na części.

Pyrkon. Tak bardzo tęsknie i czekam na kolejny równie dobry konwent. To chyba najlepiej wystarczy za podsumowanie. Dziękuję!

 











Share:

2 komentarze

  1. Zazdro. xD Chcę mieć blisko do Poznania, ej no.

    OdpowiedzUsuń
  2. heh, żałuję, że do Poznania tak mi daleko, chętnie bym wpadła, bo atrakcji masa, bodźców miliony, i pewnie przeżywałabym to przez pół roku:)

    OdpowiedzUsuń