Poznań w Matrasie. Lubię to! Spotkanie autorskie z Joanną Opiat-Bojarską i Robertem Ziółkowskim

Patrzę w kalendarz i oczom nie wierzę! To już grudzień - listopad minął tak szybko, że nie zdążyłam się nawet zorientować. Ciągłe studia, programowanie, pisanie... W tym miesiącu obiecałam sobie trochę odpuścić, zrobić przerwę od pisania i w pierwszej połowie skupić się na obowiązkach szkolnych, a w drugiej poczuć magię świąt. Przede wszystkim: przestać wariować i nie przesiadywać po 10-12 godzin przy komputerze. Zobaczymy co z tego mi wyjdzie.


Razem z 30-tym listopada skończyło się coś jeszcze - akcja Poznań w Matrasie. Lubię to! Niesamowite jak szybko zleciały te cztery soboty, jak odległe wydają mi się poszczególne spotkania autorskie. Trochę mi smutno, że to już koniec, ale czuję też dumę, że wspólnymi siłami udało się nam stworzyć coś tak wspaniałego. Fascynujące dyskusje, regularne relacje na blogach, zawsze dobrze przygotowani prowadzący, uśmiechnięci autorzy - dla takich chwil warto działać! Dziękuję, że mogłam stać się częścią tego projektu.

A teraz pora na sentymentalną wędrówkę... pora na ostatnią relację! W sobotę spotkaliśmy się bowiem z Joanną Opiat-Bojarską i Robertem Ziółkowskim. 



To był jeden z tych dni, kiedy cały świat wydaje się sprzysięgać przeciwko naszym działaniom - korki w Poznaniu, popsuta winda w City Center, bieg byle tylko zdążyć... Na szczęście wszystkim się udało i punktualnie mogliśmy zacząć!

Oprócz tradycyjnych pytań dotyczących twórczości oraz tego jakie miejsce zajmuje w niej Poznań, dyskusja dotyczyła także okładek, traktowania książki jako produktu czy pasji autorów. Zaciekawiły mnie opowieści Roberta, który okazał się być zapalonym podróżnikiem - wyobrażacie sobie wyruszyć do Ugandy na dziko, tylko z plecakiem? Bo ja nie, a jemu to się udało. Joanna natomiast przyznała się do tego, że poza pisaniem... nie ma innych pasji. Jako szczęśliwa żona i matka poświęca każdą swoją wolną chwilę klepaniu w klawiaturę. Podziwiam, bo ja choć kocham pisać, to zwariowałabym gdyby to było moje jedyne hobby. Z drugiej strony: pewnie stąd wynika ogromny sukces, jaki osiągnęła ta młoda piękna kobieta.

Inny ciekawy temat, który został poruszony przez prowadzącego, to... literackie tabu ;) Tu muszę wspomnieć o odpowiedziach Joasi, która stwierdziła, że nic takiego dla niej nie istnieje, a wręcz przeciwnie: każde tabu stanowi swoiste wyzwanie. Książka "Kto wyłączy mój mózg" dotyka tabu niepełnosprawności (swoją drogą ten literacki debiut jest swego rodzaju... autobiografią!), "Blogostan" - tabu blogów i uzależnienia od nich, "Klub wrednych matek" - tabu matki idealnej, a "Gdzie jest Lena?" - tematyki zaginięć. Asia zdradziła też, że książka, którą pisze opiera się na kolejnym tabu - narratorem jest morderca, którego w dodatku czytelnik ma polubić. Ciekawa jestem co z tego wyjdzie!

  

Równie wciągająca była rozmowa na temat okładek. Nasi pisarze zastanawiali się nad tym jak ważna jest dla książki odpowiednia oprawa graficzna oraz czemu polscy wydawcy wciąż myślą o okładce stereotypami. Jako przykład Robert podał... swoją książkę "Łowcy głów". Z kąśliwym uśmiechem pokazał ją i wspomniał, że skoro książka o policjancie, to musiała mieć na okładce faceta ze spluwą. I opowiedział anegdotę jak to pojawiając się kiedyś w telewizji, pierwsze co z Prokopem zrobili przed wywiadem, to zdjęli okładkę, by nikt po niej nie oceniał książki. Ale żeby nie było, że Robert tylko krytykuje - "Wściekły pies" jego zdaniem wygląda prawie idealnie. W sumie mi też się podoba.

To spotkanie było trochę krótsze niż zwykle - zakończyło się po półtorej godzinie. Jak zwykle czułam, że za krótko i za mało! Mam nadzieję, że ten koniec "listopadowych sobót", jest dopiero początkiem, prekursorem coraz ciekawszych akcji literackich w naszym pięknym Poznaniu... 

Dziękuję, że byliście z nami - jeśli nie ciałem, to chociaż duchem!

Share:

0 komentarze