"Doktor Sen"... niech spoczywają w spokoju.

Właśnie skończyłam czytać powieść, na która, razem z wieloma fanami horroru, czekałam od dobrych kilku miesięcy... "Doktor Sen". Lektura ta zajęła mi wyjątkowo dużo czasu. Ale nie dlatego, że jest zła - chwilowo mam fazę "literackiego przesytu" i ciężko mi się czyta jakąkolwiek książkę. Skończyłam... I nie wiem co myśleć. Nie mogę powiedzieć, że był to zmarnowany czas, bo dobrze się bawiłam. Ale legenda umarła, a ja srogo się zawiodłam. Chyba wolałabym, by "Doktor Sen" nigdy nie powstał.

Ale od początku. Zacznijmy od dwóch rzeczy (o których pewnie wiele razy już wspominałam):
- nie jestem fanką Kinga; czytałam kilka jego tekstów i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które uznałabym za ciekawe; może znalazłabym ze trzy wybitne; szanuję go, ale to nie mój styl;
- jednym z tych wybitnych jest "Lśnienie"; książka ta trafiła na moją prywatną listę najlepszych książek na świecie, jestem w niej bezgranicznie zakochana i uważam za dzieło genialne; dodatkowo wielbię film, który chyba nawet jest lepszy od książki, a to wydaje się niewykonalne...

...nic więc dziwnego, że "Doktor Sen" miał poprzeczkę postawioną wyjątkowo wysoko. Teraz wiem, że zbyt wysoko.

Zacznijmy może od listy skarg i zażaleń. 

To nie jest mój Dannie! King z cudownego dziecka zrobił zagubionego faceta, który na koniec staje się superbohaterem. Nie mamy tutaj Panoramy, a jedynie jej duchy, jakby dodane na siłę. Brakuje mi Wendy, która była kobietą niezwykle dzielną i niezwykłą, a Dan (ten dorosły) wspomina ją jako osobę słabą. Wszystkie postaci, za które pokochałam "Lśnienie" w "Doktorze Sen" zostały albo zabite, albo zastąpione przez ich pokraczne dorosłe wersje. Pierwsze rozdziały, będące swoistym nawiązaniem do pierwowzoru, nudzą i frustrują. Wiem, że minęło wiele lat, że styl pisania Kinga się zmienił, tak jak zapewne zmienił się i on sam, ale nie wyczułam ani grama klimatu, do którego lgnęłam, którego pragnęłam, który sprawiał, że opowieść o lśniącym chłopczyku czytałam jak w letargu, ze słowami na ustach: "Jeszcze tylko jedna strona".

W "Doktorze Sen" pojawia się też pewien wątek, o którym czytając pomyślałam: "Cholerna moda na sukces". Nie zdradzę o co chodzi, bo popsuję Wam zabawę, ale wychodzą na jaw pewne konotacje rodzinne, które moim zdaniem dorobione są na siłę. Nie wiem, miały czytelnika wzruszyć? Wywołać rozrzewnienie? Mile wypełnić wiarą? Ble. Telenowela.

Mało wad? Jest jeszcze jedna - dla mnie najmniejsza, ale mimo to rażąca. W "Doktorze Sen" pojawiają się... wampiry! Może w tym miejscu się czepiam (zwłaszcza, że niedługo wychodzi "Księga wampirów", w której biorę udział i którą zachwalam), ale pasują mi tu one jak pięść do nosa. Nie są to wampiry postrzegane w tradycyjny sposób. Raczej nazwałabym je wampirami energetycznymi. Ale miałam wrażenie, że pojawienie się tego słowa w książce miało być genialnym zabiegiem marketingowym, szczególnie teraz, gdy trwa moda na krwiopijców. Szczególnie w książce, która bez tego słowa śmiało mogłaby funkcjonować.

Brakowało mi też nastroju osaczenia i beznadziei. Mała jaśniejąca dziewczynka, Abra, jest trochę zbyt zdeterminowana. Widziałam w niej... socjopatkę. Znowu pominę milczeniem to, co chciałam napisać, by nie tworzyć spoilerów. I ktoś pewnie powie, że ze względu na zło, które widziała, zło które wypłynęło z niej było czymś naturalnym. Ja jednak w tej nastolatce widziałam zbyt dojrzałą i zbyt pozbawioną skrupułów postać. Nie była wiarygodna, sorry.

Ach, i "Doktor Sen" nie straszy. To powieść przygodowa, z nutkami makabry, coś jak "Miasteczko Salem". Ale grozy odczuwanej w "Lśnieniu" tu nie ma.

Dobra, Sylwia, wyżaliłaś się, pora zacząć być obiektywną.

Obiektywnie "Doktor Sen" to dobra książka. Wciągająca powieść o walce dobra ze złem. Świetne dialogi, szybka akcja, zaskakujące rozwiązania. Do tego doskonały język i udana narracja. Postaci, poza opisanym przeze mnie przypadkiem, są wiarygodne, a ich zachowanie jakoś-tam można umotywować.

Wiem, że gdyby Dan, nie miał na nazwisko Torrance, a był jakimś Smithem... Gdyby nazwa Panoramy nie padła ani razu... Gdybym w końcu nie czekała na "Doktora Sen" jako na kontynuację jednej z najwspanialszych... To ta recenzja brzmiałaby inaczej. Opowiadała by o dobrej książce od której ciężko się oderwać.

Niestety, tak nie jest. King zabił Torrance'ów. Bezczelnie zakpił z ich charakterów. Dlatego wolałabym, by "Doktor Sen" w tej formie nie powstał... Z innymi imionami i miejscami - owszem. Ale Torrance'owie mogli spoczywać w spokoju.

Amen.


Share:

1 komentarze

  1. To mi zabiłaś ćwieka. Czekają na mnie "Joyland" i "Dr sen", które zamierzam czytnąć w okresie świątecznym. Akurat ja jestem zagorzałym wielbicielem Kinga (za wyjątkiem cyklu "Mroczna wieża", której nie jestem w stanie strawić... i poddałem się po trzech tomach) i to ostatnie książki, których nie znam z bogatego repertuaru mistrza. Tym bardziej mi smaku narobiłaś na lekturę:)

    OdpowiedzUsuń