Je t'aime Paris! - część V

Wczoraj minął dokładnie tydzień odkąd wróciłam z Paryża... Siedem dni, w trakcie których wydarzyło się tak wiele. Mam wrażenie jakby minął miesiąc! Pora więc na ostatnią część "Je t'aime Paris!". Mam nadzieję, że uda mi się obudzić wspomnienia na tyle, by z pasją opowiedzieć jak minęły mi ostatnie dwa dni.

Dzień Szósty - Błądząc
Poniedziałek - obudziła mnie myśl, że to ostatnie dwa dni w Paryżu! Tak wiele już widziałam, a jednocześnie czułam, że czasu było za mało... Zaplanowaliśmy zwiedzanie Luwru. Wędrówkę wśród dzieł sztuki, o której ludzie zawsze podkreślają, że jeden dzień to mało. Zaczynała dopadać mnie melancholia - nie chciałam wracać, nie chciałam żegnać się z miastem, które pokochałam. Niestety, czas płynie nieubłaganie.

Dotarliśmy do Luwru, po raz pierwszy w trakcie naszych wakacji poruszając się komunikacją miejską. W Paryżu autobusy mają automatycznie rozsuwane rampy, więc nie ma żadnych problemów by dostać się do środka.

Luwr z zewnątrz jest zachwycający. Fascynuje mnie ten architektoniczny miks - połączenie starych misternie zdobionych budynków z prostą szklaną piramidą. Myśl, że pode mną znajdują się wartościowe dzieła sztuki, spacerują ludzie, wzdychają na myśl o latach, które przetrwały najstarsze płótna...

Przez krótką chwilę stałam w palącym słońcu jak zahipnotyzowana. A potem udałam się do środka, przez piramidę, omijając kolejki, funkcjonalną otwartą windą...

I w tym miejscu mogłabym zakończyć swą opowieść o Luwrze. Niezwykłe, prawda? Zwłaszcza, że to ja się uparłam, że Luwr TRZEBA zwiedzić. Niestety, mój poziom znudzenia osiągnął szczyt. Żaden z obrazów nie wywarł na mnie wrażenia, a wystawa jakiegoś współczesnego artysty nakłaniała mnie tylko do robienia "słit foci w dziele sztuki" (tak, gościu prezentował głównie lustra). Mona Lisa jest mała i brzydka, Wenus z Milo nie ma rąk i tyle. Aż tyle? Owszem, można patrzeć nie na, a przez. Wejść wgłąb tych dzieł, zachwycić się faktem ile mają lat, z pasją obserwować sztućce czy spinki tylko dlatego, że przetrwały wieki...

Brzmię jak ignorantka? Możliwe. Ale Luwr mnie zmęczył. To istny labirynt, przez całe życie nie najeździłam się tyle windami co tam, by dotrzeć do jednego małego obrazu. Na każdym kroku człowiek spotyka schody, więc patrzy na specjalnie przygotowany dla niepełnosprawnych plan i zaczyna kombinować "ok, tu jest winda A, ale nią dostanę się tylko na poziom trzeci, ale jak tam wejdę, to będzie winda H, którą mogę zjechać na półpiętro, ale nie, kurcze, tu są schody, więc od nowa...". I tak dalej.

Oczywiście gdybym miała raz jeszcze zadecydować czy tam iść, powiedziałabym: tak. Bo Luwr trzeba zwiedzić. Najlepiej szybko przebiegając przez trzy piętra. Chyba, że kogoś interesuje sztuka. Wtedy gwarantuję, że poczuje się tam jak w raju. Nam całodniowa wycieczka skróciła się do kilku godzin. Szczęśliwi wyłoniliśmy się na powierzchnię. Całe popołudnie było przed nami... Udaliśmy się w stronę Łuku Triumfalnego.

Spacer Polami Elizejskimi wspominam jako jeden z lepszych momentów całego dnia. Gwar, ludzie, słońce, wakacje! Następnie droga prowadziła ulicą pełną sklepów. Z radością zajrzałam do H&M, gdzie miałam nadzieję w końcu upolować jakieś perełki - i szybko uciekłam. Szmaty leżały na podłodze, ludzie po nich deptali, podarte, znoszone, brzydkie. Podobnie w Zarze, choć tam panował trochę większy porządek. Wtedy dałam sobie spokój z kupowaniem ubrań w Paryżu.

Gdy doszliśmy do Łuku pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek w jego cieniu. Z zewnątrz prezentuje się imponująco. To ogromna budowla, która doskonale wpasowuje się w otaczającą ją architekturę. Zresztą wielokrotnie odkrywałam w trakcie wakacji, że urok Paryża najczęściej tkwi w architekturze zabytków, a nie tym, co w sobie zawierają.

Wracaliśmy spacerem, błądząc wśród wąskich uliczek. I... trafiliśmy w dzielnicę luksusowych sklepów. Powiem wprost: jakkolwiek interesuję się modą, tak nigdy nie kręciła mnie myśl posiadania kiecki od Chanel czy Gucciego. Sądziłam, że wydawanie grubych pieniędzy na ciuch jest zwyczajnie głupie. Teraz wiem, że jak będę bogata (haha, jasne) i będzie mi wszystko jedno to bez żalu wydam pieniądze na luksusową odzież. Żałuję, że nikt nie uwiecznił wyrazu mej twarzy przed wystawą Chanel - czarne, koronkowe sukienki, tak perfekcyjnie uszyte, że wydawały się nierealne. Nie przesadzam. Te ubrania były doskonałe i nie mówię tego, bo byłam rozczarowana francuską modą. Stałam, gapiłam się i byłam urzeczona. Każdy szew idealny, równiutki. Zero wystających nitek, materiały układające się tak, jakby były drugą skórą. Ciężko to wyjaśnić, ale mimo prostych fasonów, to te ubrania miały w sobie szyk i elegancję, której tak bardzo brakuje ciuchom z sieciówek. Nie twierdzę, że są złe, ale bądźmy szczerzy - zwykle coś trzeba w nich poprawiać: tu metka odstaje, tu nitka wisi, po praniu coś się zmechaci, szwy nie są idealnie proste... A przez tę krótką chwilę miałam przed oczami produkt pozbawiony tych wszystkich niedoskonałości. Niezwykłe.

Po drodze jeszcze mijaliśmy jakiś luksusowy hotel. Czekała przed nim grupka nastolatek. Jak się dowiedziałam czekali na... 30 Seconds to Mars. Myśl, że Jared, pan błękitnooki, głos idealny, może być tuż za ścianą sprawiła, że na krótką chwilę serce przestało mi bić. Ech, marzenia! Ostatecznie wylądowaliśmy w spokojnej dzielnicy na piwie. Nierozważnie poprosiliśmy o duże... Cóż, na szczęście na koniec udało nam się dostać do hotelu! :D





 





Dzień Siódmy - I Bóg stworzył Paryż
Ostatni dzień upłynął nam pod znakiem pieszych wędrówek. Nie mam tu wiele do opowiadania - szliśmy przed siebie, obserwowaliśmy świat. Powoli żegnałam się z Paryżem, kupowałam pamiątki. Oczywiście jak na całym świecie, tak i w Paryżu panuje jedna zasada: albo kupisz tanią chińszczyznę (z wieżyczką Eiffela), albo wydasz mnóstwo pieniędzy w jakiejś galerii na coś może i wartościowego, ale nie do końca potrzebnego. Wybrałam opcję pierwszą inwestując w prościutkie kolczyki i lusterko z logo Chat Noir. Tylko tyle i aż tyle.

Tego dnia dopisałam też kolejny punkt "do następnego razu". Galeria sztuki współczesnej znajdująca się we wspaniałej dzielnicy, której nazwy nie pamiętam. Mnóstwo sklepików z oryginalnymi gadżetami, outlety, klimatyczne kafejki i na każdym kroku artyści. Gdy akurat zachwycałam się wystawą niewielkiej galerii, nad miastem przeleciały samoloty. Wojsko ćwiczyło szyk do święta państwowego, które nadchodziło. Piękny widok.

Na kolacje zaciągnęłam rodzinę do restauracji, w której mogliśmy spróbować tradycyjnego francuskiego fondue. Wzięliśmy dwie wersje i otrzymaliśmy dwa kociołki. W jednym z nich był roztopiony ser (na talerzyku pieczone ziemniaki oraz bagietka do moczenia), a w drugim wrzący olej (i surowe mięso do gotowania). I choć ogień nam co chwilę gasł, to jedzenie było wyśmienite - śmiało mogę powiedzieć, że najlepsze jakie jadłam w trakcie tych wakacji.








I tak się kończy moja wędrówka po Paryżu, historia tygodnia, która miała zmieścić się w jednej notce, a której pisanie zajęło mi cały tydzień. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście wędrując ze mną i że poczuliście tę wyjątkową atmosferę... Pora wrócić do świata żywych - czeka mnie zwariowany weekend, a po nim spodziewajcie się, że już będę pisać "na bieżąco"! :)

Share:

2 komentarze

  1. Piwem mój mąż byłby zachwycony! Wielkie! Przez Ciebie chcę pojechać do Paryża:))))Tzn. zawsze chciałam ale odnowiłam pragnienie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromne! :D Zbieraj kasę i jedź - marzenia trzeba spełniać :))

      Usuń