Wyznawcy heartagramu... - czyli: to naprawdę się wydarzyło! Ursynalia!

On istnieje. Diabeł o głosie Anioła. Mroczny Anioł. Bóg wyznawców heartagramu. On jest prawdziwy. Jest człowiekiem, z krwi i kości... Jego głos to nie efekt komputerów. Na żywo brzmi lepiej niż na płytach. To niesamowite.

Pan Boski. Ville Valo. Przeżyłam koncert i gdzieś w pogo zgubiłam serce...

Siedzę i czuję, że powinnam płakać. Z radości i z tęsknoty. Nie mam jednak łez. Dziwne, niesamowite uczucie. Moja tablica na fejsie co chwilę zasypywana jest postami ludzi z fanclubu: tęsknimy, chcemy więcej, płaczemy z radości lub nie mamy już czym płakać. Tak, nie mogę się pozbierać. Nie dociera do mnie, że to było naprawdę. Widziałam koncert HIM...

Valo na ekranie. Lech sponsoruje wszystko.


Moment, w którym jakieś dziesięć lat temu zakochałam się w ich muzyce, pamiętam jakby był wczoraj.

Słodka, mała Sylwia siedziała przed telewizorem... To były te piękne czasy, gdy na Vivie można było usłyszeć różnorodne brzmienia... I nagle trafiła na piosenkę "Funeral of Hearts". Tego, co działo się w jej głowie nie da się opisać, wyjaśnić. Miliard pytań. Szok. Wyobraźcie sobie dziecko, które widzi Anioła. Ona go ujrzała, wdzięczył się z ekranu i tłumaczył, że miłość jest pogrzebem serc. Dźwięk przypominał chóry anielskie. Nie wierzyła. Że ktoś taki może istnieć. Że można w ten sposób śpiewać. Że muzyka może być tak mroczna i melodyjna zarazem... 

Ten dźwięk ją pochłonął. Zdefiniował gust muzyczny i sprawił, że wielbi czarny romantyzm.

Naprawdę. Jako dziecko, wtedy, przed telewizorem, nie wierzyłam, że to ludzie. Moje myśli były do tego stopnia absurdalne, że zastanawiałam się czy to na pewno mężczyzna. Przecież facet się nie maluje, facet nie może być taki piękny, nie może tak śpiewać!

A jednak może...

Wróćmy jednak do tematu. Z trudem to robię, ale wiem, że powinnam. Uporządkować w głowie ostatnie trzy dni, stworzyć relację, która może pozwoli mi zyskać pewność, że to było naprawdę. Bo było, co nie?

Z fanami z Rosji :)
Do Warszawy dojechaliśmy w piątek. Dzień przed koncertem HIMa jeszcze do mnie nie docierało, że następnego dnia przeżyję najlepszy koncert mego życia. Chciałam się bawić, ruszyłam na teren Ursynaliów. Rok temu na Avangardzie nocowałam w tym samym miejscu, więc moja kiepska orientacja w terenie nie dała o sobie znać i od razu trafiłam we właściwe miejsce.

Pokręciłam się po kampusie. Nic szczególnego. Mnóstwo błota i ludzi. Tradycyjne festiwalowe warunki. Miałam się spotkać z paroma osobami z fanclubu, ale zawsze gdy się człowiek umawia: jakoś się znajdziemy - to się nie znajduje. Ostatecznie spotkałam tylko jedną znajomą. Ale i tak było fajnie.

Słitfocia na przystanku

Zespoły nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Lubię metal, ale miałam wrażenie, że wszystko brzmi tak samo. Po kilku godzinach w hałasie miałam dość, ale dzielnie czekałam na gwiazdę wieczoru, zespół, którego słuchałam w gimnazjum nałogowo. Bullet for my Valentine. To dzięki nim odkryłam jak piękny może być wrzask, więc miałam ogromne nadzieje wobec koncertu.

Bullet for my Valentine. Tak, wiem, jakość powala, ale widać okładkę płyty - dowód, że byłam :D

Nie zawiodłam się, zagrali świetnie. Nawet deszcz, który postanowił akurat wtedy zacząć padać nie zrobił na mnie wrażenia. Bawiłam się, Matt wypluwał płuca, a pod sceną było szaleńcze pogo. Czego chcieć więcej? :)

W autobusie powrotnym zmieściło się ze sto ludzi. Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Na każdym przystanku wrzeszczeliśmy "gdzie jesteśmy?", by ci, którzy są w stanie się poruszyć i wyjrzeć przez okno, odczytali nazwę. Oczywiście musiałam zabłądzić, inaczej nie byłabym sobą. Słysząc "Stegny" wyleciałam radosna z autobusu prosto w strugi deszczu. Po chwili się zorientowałam, że miałam wysiąść na przystanku "Tor Stegny". Shit!

Nie ma jednak tego złego. Wpadłam na sympatycznych chłopaków, którzy okazało się, że mają pokój tuż obok mojego i razem odnaleźliśmy drogę do domu... A potem oddaliśmy się studenckiej integracji, wiadomo.


Gdy nadeszła sobota... Nadal do mnie nie docierało, że idę na koncert HIM. Nic. Spotkaliśmy się z fanclubem w umówionym miejscu, zmokliśmy (jakby inaczej!) i dojechaliśmy na Ursy. Razem z dziesiątką ochotników wyruszyłam na rozdawanie ulotek - kartek A3 z napisem "TOT", które mieliśmy podnieść, gdy zespół zagra "Tears on Tape". Resztę popołudnia spędziliśmy przy stoliku, z wywieszoną flagą fanclubową, dyskutując, plotkując, dobrze się bawiąc. I poznając nowych ludzi. Nie wiedziałam, że fanów HIM jest tak wielu. Co chwilę ktoś do nas dołączał!

Nadszedł wieczór... Po raz pierwszy w życiu skorzystałam z przywileju, jaki daje mi wózek i ubłagałam ochroniarzy, by wpuścili mnie za barierki. Stałam pod sceną. Nie wiedziałam już czy trzęsę się z zimna (koncertowa norma - zawsze sobie powtarzam: ubierz się ciepło; i zawsze wygrywa ta część mnie, która od ciepłego stroju woli wydekoltowaną sukienkę mini) czy z emocji.




Gdy zaczęli grać... Nie wiem, nie umiem opisać tych emocji. Radość, szczęście, podniecenie, orgazm? Wszystkie słowa, które przychodzą mi do głowy są zbyt płytkie, za mało wyraziste. Najpiękniejszy był moment, gdy wszystkie kartki z TOTami poszły w górę - a na twarzach członków zespołu pojawiło się prawdziwe zaskoczenie i radość. Gdy po piosence Valo wyraził swój podziw... Tak, to było czyste piękno. Po prostu...

Oczywiście udało mi się wepchnąć za kulisy, jednak zespołu nie spotkałam. Pocieszałam się tym, że delegacja z fanclubu (adminki oraz dwie wylosowane osoby mogły spotkać się z zespołem) załatwi mi autografy. Miałam zamiar jeszcze iść na Jelonka, ale widziałam go rok temu i stwierdziłam, że jest za zimno, bym dłużej została. Tym razem powrót odbył się bez większych przygód (może poza tym, że kierowca autobusu nie mówił po polsku i naprawdę się bałam czy mnie wysadzi tam gdzie chcę).

Pamiątki: kartka z TOT, płyta z autografami, bilet, line-up i kostka z autografem :)

Łazienki! Z Frydziem w tle ;D

A niedziela? W niedzielę ruszyliśmy na zwiedzanie Łazienek. Byłam drugi raz w Warszawie, a jeszcze nigdy jej nie widziałam - chciałam choć trochę to nadrobić...



I to właściwie tyle. Próbuję odnaleźć spokój, umieścić mózg ponownie w czaszce i zabrać się do pracy. Gonią mnie terminy... Nie wiem jednak czy dzisiaj to się uda...

Przeżyłam koncert HIM. Widziałam Valo i całą resztę. Poznałam genialnych ludzi z Official Polish HIM Street Team. I wiecie co? Życie jest piękne.

Część Official Polish HIM Street Team

Share:

6 komentarze

  1. Bardzo pozytywny wpis, pełen emocji, których część dzieliłam z Tobą :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* Trzeba się kiedyś spotkać i powspominać :D

      Usuń
  2. To naprawdę fajnie, że tak Ci się podobało :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem tak - miałam podobne odczucia i uczucia, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Ville na szklanym ekranie ;) Oto mym patrzałkom ukazał się Mroczny Anioł, o cudownej barwie głosu (tak, tak, mam zboczenie na punkcie niskich męskich głosów :3), oraz magnetycznym spojrzeniu spod firanek rzęs.

    Claudia Ratajczyk.

    OdpowiedzUsuń