GAME OVER? No!

Boże, jak mi dobrze!

I nie, ten okrzyk nie jest efektem ani sukcesu jakiegokolwiek, ani rozpustnego dnia ani nawet libacji alkoholowej. Po prostu dziś mogłam odpoczywać iiiiileee chciaaaałaaam i jaaak chciaaaałaaam!

Nie ma to jak wstać wcześnie rano z całą listą obowiązków opierającą się na przygotowaniu loterii na Pyrkon: zakup gadżetów, druk losów, wycinanie, składanie, tworzenie czarodziejskiej skrzyneczki... Przyjemna praca, aczkolwiek praca. I to na cały dzień. I choć mail, którego chwilę później odebrałam bardzo mnie zasmucił, to nie ma tego złego...

Zacznę więc od przekazania tej ponurej wiadomości: z przyczyn ode mnie niezależnych na Pyrkonie loterii nie będzie. Dlaczego? Bo nie można. Ot co. Mimo to mam nadzieję, że się spotkamy, bo mózg mój już zaczyna kombinować nad jakąś rekompensatą za tę stratę w rozrywce.

Pozostając w tematyce mózgów - co też Sylwia mogła robić cały dzień, gdy dowiedziała się, że nic nie musi? Nie, nie czytać książkę (to sobie zostawiłam na później, "Pan Lodowego Ogrodu, tom 3" przyzywa mnie dopiero wieczorną porą)... Maziać i czarować makijaże? No dobra, to fakt, chwile wolności zaowocowały zielonymi makijażami oczu, które możecie podziwiać na drugim blogu. Ale przecież cały dzień malować nie będę!

Otóż, panie i panowie, grałam! Jej, kto zna "Resident Evil 5"? Bo ja czuję się uzależniona. Intensywnie. Mocno. Mrrrau.

Nie należę do typowych ani nawet stereotypowych graczy. W moim przypadku granie ogranicza się na ogół do dwóch pór w roku: ferii i wakacji. Ponadto mam zasadę, której usilnie staram się trzymać: nie piracę. Niczego. Nie ściągam, nie zgrywam, nie bawię się w cracki etc. Wychowanie na czasopiśmie CD-Action i radach Smugglera się kłania. Dlatego gdy kilka dni temu zajrzałam do szuflady z całą masą gier (tym razem kłania się regularnie kupowanie CDA) długo się nie zastanawiałam co należy nadrobić. Strzelankę. Horror. Survival. Krew, flaki i fistaszki. RESIDENT EVIL!

I przyznaję, to jest moja pierwsza styczność z tą serią. Zapomniałam już, że gra może tak wciągać i zabierać tyle czasu... Nie powiem, że jestem wniebowzięta, bo będę się powtarzać, no aleee... Sami wiecie.

Czemu jednak o tym piszę? Przecież nie wyłącznie po to, by się pozachwycać (choć to też), ale by przedstawić spostrzeżenie, które mnie zaskoczyło.

Otóż, wbrew temu co słucham i czytam, rynek gier nie jest wcale martwy wśród kobiet. Przyznaję, że byłam wyjątkowo zaskoczona, gdy na trzy gry w kooperacji jakie dziś uruchomiłam, w dwóch z nich grałam z paniami. Owszem, sama grywam, wśród znajomych mam kilka koleżanek, które też grają, ale jakoś tak wciąż nas mało... A tu takie miłe zaskoczenie! Czytając felietony (gdzie? w CDA, oczywiście) i wypowiedzi na wszelkich forach, sądziłam (przyznaję, stereotypowo), że mało nas, kobiet, wśród zombie killerów.

Panie, jestem z Was dumna! :D

I to chyba tyle z mojego bajdurzenia na dziś... Pora zrobić sałatkę na kolację, sprawdzić czy jest jakiś film w telewizji... Czyli po prostu odpoczywać dalej.

Dni jak ten, AJ LOFF! <3 Słiiit.

Swoją drogą, gdyby ktoś chciał ze mną sprzątnąć kilka zombie, to zapraszam. Mój login to, oczywiście, VamppiV. Zapewne jeszcze przez kilka dni znajdę czas, by oddawać się tej przyjemności ;)

Share:

3 komentarze

  1. Na grach to ja się nie znam. W ogóle. Grałam w mnóstwo, ale bardzo krótko. Tylko Lineage 2 mnie wciągnęło na parę lat (online), a i z nią niedawno się pożegnałam. Kurczę, teraz czuję się jakoś zacofana w tym temacie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wiele się nie znam, to co w ręce wpadnie i czego recenzję czasem przeczytam ;) Gry są fajne, o ile nie stosuje się ich w nadmiarze! A próbowałaś może Devil May Cry (z naciskiem na część czwartą)? Genialna, szczerze polecam ;)

      Usuń
  2. Gry komputerowe to pożeracz czasu, a fabuła wciąga i wciąga... każdy to przerabiał. Ludzie zabiegani nazywają to odmóżdżaniem, bo można w ogóle przestać myśleć na ten czas. Byle nie doszło przez to do prokrastynacji :)

    OdpowiedzUsuń