długo i na temat - kreatywnie, mobilnie i zależnie od biurokracji

Wczoraj oficjalnie przestałam brać udział w pewnym projekcie unijnym. Od długiego czasu zastanawiałam się nad sensem pisania tej notki. Przecież ten projekt innym ludziom pomaga - krzyczało coś we mnie. Krzyczało, że obsmarowywanie go nie jest do końca dobrym rozwiązaniem. Tak, ta chęć bycia zawsze fair wobec ludzi, którzy ponoć mają dobre intencje. Którzy ponoć chcą dobrze, tylko g*** wychodzi. Tym razem jednak nad sercem wygrał rozum i uznałam, że notka musi powstać. Postaram się opisać sytuację najbardziej neutralnie jak potrafię. Wy ocenicie sami.


Poznajcie więc historię mojego udziału w projekcie "Kreatywni mobilni niezależni. Niepełnosprawni przedsiębiorcy na rynku pracy". 

Projekt ten skierowany jest do osób niepełnosprawnych, zamieszkujących lub uczących się w województwie wielkopolskim. Został on podzielony na dwa etapy: najpierw odbywał się kurs, następnie osoby niepełnosprawne... miały założyć własną firmę. Tak, głównym celem tego unijnego projektu było założenie własnej firmy! Szkolą za darmo, dają dofinansowania, pomagają opłacać pierwszy rok działalności firmy, tworzą przetarg o naprawdę sporą kasę... Ludzie, tylko głupi by nie skorzystał!

Zaczęło się w lipcu. Mieszkając 70 kilometrów od Poznania, miejsca w którym miały się odbyć szkolenia, podchodziłam do projektu z bardzo dużym dystansem. Jak więc łatwo się domyślić, na początku było kilka maili. Kulturalnie pytałam jak wygląda sprawa dojazdu na kursy. Oczywiście, że zwracają całkowity koszt dojazdu. Potem kwestia kursów, czy w razie czego można się po nich wycofać z projektu, pytania o to ile osób zostaje zakwalifikowanych do założenia firmy, na jakie rzeczy można wykorzystać dofinansowanie... Ogólnie dowiedziałam się wszystkiego i z radością w sercu wypełniłam wniosek. Wszystko za darmo, pomagają, zabezpieczają we wszystkich kierunkach. Jedyny warunek, że firma przez rok musi utrzymać się na rynku - ale co to za problem!

I się zaczęło. Wypełnianie wniosku, wysyłanie maili, mnóstwo telefonów. I pierwsze schody. 

Nagle dostałam informacje o tym, że muszę się w Poznaniu stawić na rozmowę kwalifikacyjną. Pytam oczywiście jak w tej sytuacji z dojazdem, ale pani kulturalnie mnie informuje, że skoro to dopiero kwalifikacje, to muszę dojechać na własny koszt. Dobrze, zrozumiałam, przecież w swoje marzenia trzeba inwestować. 

Dodam tylko, że od momentu złożenia wniosku, przez kilka tygodni, ciągle słyszałam inne wersje tego, jak będą wyglądać moje dojazdy na kurs. Tłumaczyłam, że ja pociągiem nie jestem w stanie się zabrać, nawet gdybym chciała. Pani oczywiście świadoma problemów niepełnosprawnych w naszym kraju wszystko rozumiała i mydliła mi oczy dalej...

Wróćmy jednak do rozmowy kwalifikacyjnej. Trafiłam do ciekawego biurowca, zapłaciłam za parking, przesympatyczny pan z obsługi (ochrony? portier? whatever) zaprowadził mnie pod właściwe drzwi... I tu pierwsze moje zaskoczenie, a właściwie żółte światełko w głowie. Nie chcę teraz by ktoś pomyślał, że jeden typ niepełnosprawności uważam za lepszy, a inny za gorszy. Tak nie jest. Mimo to dziwnie się poczułam widząc, że dwie spotkane w korytarzu osoby na pierwszy rzut oka są w pełni sprawne. Tak, wiem, są takie choroby, których nie widać. I to nie znaczy, że oni mają łatwiej w życiu. Ale wiem też, że w projekcie nie został uwzględniony stopień niepełnosprawności, a cóż... osoby ze stopniem lekkim do takich problemów nadają się koncertowo. Nie potrzebują żadnego wsparcia, nie marudzą nad dojazdem... A firma może sobie wpisać, że zrobiła coś dla niepełnosprawnych, że zorganizowali taaaaaki faaaajny projekt unijny, że tak bardzo pomogła.

Nie oceniam w tym momencie osób, które tam spotkałam. Tłumaczę po prostu powody mego żółtego światła w głowie.

Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się w bardzo miłej atmosferze, wróciłam potem do domu i czekałam na kolejne informacje dotyczące kursów. Oczywiście zostałam zakwalifikowana do programu, więc jedyne co mi pozostało to czekać na terminy i informacje na jaki zwrot kosztów dojazdu mogę liczyć.

Pani dzwoniła do mnie wielokrotnie, za każdym razem w inny sposób kombinując jak ja mam dojeżdżać. W końcu dostałam niczym z liścia. Oni są w stanie mi zwrócić wyłącznie cenę biletów.

Szybka kalkulacja: mogę jechać wyłącznie samochodem (informowałam o tym od początku!). Trasa w dwie strony to jakieś 150 km, czyli przy średnim spalaniu 10 litrów na sto, wyszło mi 15 litrów paliwa dziennie (o tym też informowałam). Każdy wie ile kosztuje litr paliwa, prawda? Doliczmy do tego kwestię, że kursy były rozłożone na mniej-więcej dwa tygodnie. Nie pamiętam dokładnie, ale przyjmując 10 dni, łatwo sobie wyliczyć cenę 150 litrów paliwa. I jeszcze jedna oczywista dla mnie, choć dla kogoś może szokująca, kwestia (tak, tak, o tym też informowałam od samego początku) - muszę znaleźć kogoś, kto będzie robił za kierowcę. Kto za darmo poświęci dwie godziny dziennie na trasę? Dochodzą kolejne koszty...

Ale spokojnie, pani Sylwio, proszę się nie martwić! - powtarzano mi. Ostatecznie ustaliłyśmy, że będę brała udział w kursach za pośrednictwem Skype. W sumie - czemu nie?

Nadszedł termin pierwszego kursu, a ja wciąż czekałam na informację o przetestowaniu łącza internetowego. W końcu dowiedziałam się, że wezmę udział dopiero "w którymś tam" szkoleniu, bowiem... w budynku nie ma Internetu! Ale znowu, proszę się nie martwić, pierwsza część kursu to umiejętności miękkie, więc dostanie pani materiały na maila i sobie sama nadrobi. W drugiej części kursu, bardzo ważnych szkoleniach z umiejętności twardych (podatki, biznes plan itd.) bez problemu weźmie pani udział przez Skype.

Okey. Czekałam...

Zbliżały się terminy szkoleń z zakresu umiejętności twardych, a ja nawet nie dostałam notatek z tego, co już było. Nie przejmowałam się szczególnie, ponieważ był to wrzesień, okres gdy musiałam skupić się na egzaminach na uczelni. Ale coś mi nie grało...

I nagle informacja, że ze szkoleń twardych także dostanę materiały na maila, zamiast uczestniczyć w zajęciach. Czemu? Bo PROWADZĄCY nie wyrazili zgody, bym słuchała ich wykładu przez Skype. Co miałam robić? Znowu czekałam na materiały. Tym razem nie byłam już spokojna...

W końcu, po napisaniu egzaminów, jakoś na początku października (lub pod koniec września?) zadzwoniłam do koordynatorki projektu. Z założenia jestem człowiek spokojny i staram się załatwiać swoje sprawy z klasą. Tym razem jednak nerwy puściły. Spytałam, czy ja uczestniczę w tym projekcie, bo materiałów od miesiąca nie mogę się doczekać, powiedziałam wprost, że ich zachowanie jest niepoważne, że inni mogli już spokojnie zacząć pisać biznes plan (termin składania wypada jakoś na początku listopada), gdy ja nawet nie mogę przejrzeć materiałów z wykładów. Spytałam, jak sobie wyobraża, że ja w miesiąc, mając też swoje sprawy, jak każdy normalny człowiek, nadrobię to, czego inni się uczyli przez cały wrzesień. Usłyszałam tylko, że dostanę materiały zaraz na maila i że inni nie zaczęli pisać biznes planu jeszcze, więc mam się nie martwić. Naprawdę, z trudem się powstrzymałam przed odpowiedzią, że g*** mnie obchodzi, jaki jest stosunek innych do tego projektu i czy zaczęli pisać, czy nie. Zamiast tego kulturalnie podziękowałam i się rozłączyłam.

Po kilku godzinach dostałam prezentację z biznes planu na ponad sto stron wraz z informacją w jakich godzinach mam zadzwonić do pani, która pomoże mi ułożyć własny biznes plan. Nie zadzwoniłam, bo oczywiste było dla mnie, że ja w dwa dni nie nadrobię braków w wiedzy, nie przeczytam całego wykładu i nie zrobię wstępnych notatek. Mi zależało na tym, by mieć te materiały i móc stopniowo się z nimi zapoznawać. Choć chyba najbardziej mi zależało po prostu na tym, by zaczęli mnie traktować na równi z innymi, a nie ciągle kręcili. Zamiast tego otrzymałam wytyczne kiedy i do kogo mam dzwonić.

Minęło sporo czasu nim dostałam resztę wykładów. Właściwie przysłano mi je dopiero wtedy, gdy rozsyłano je do wszystkich uczestników, bo widziałam że mail poszedł pod wiele różnych adresów.

W końcu, patrząc na to, że został mi niecały miesiąc, biorąc pod uwagę ile mam do nadrobienia i jak firma się zachowuje, straciłam zapał. Uznałam, że copywritingiem i tak będę się zajmować, nie muszę użerać się z nimi i zakładać swojej firmy. 

Wysłałam maila, zgodnego z prawdą, że byłam chora i miałam problemy rodzinne, więc czasowo się nie wyrobię. Dostałam informację, że mnie rozumieją i że mam odesłać taki i taki formularz. Wraz z dokumentami, które miałam wysłać ponownie, ponieważ pani sobie źle wpisała na nich daty i trzeba było poprawić.

Nie zakładam firmy. Po raz kolejny zrozumiałam, że projekty dla niepełnosprawnych wcale nie są robione z myślą o osobach z problemami. Zauważcie bowiem, że projekt był adresowany do osób z całej wielkopolski, a nie tylko z Poznania. Zapewne więc nie byłam jedyna, która miałaby problemy z dojazdem.

Tak jak wspomniałam we wstępie, z całych sił starałam się napisać notkę, w której neutralnie opisują wydarzenia mające miejsce. Mam nadzieję, że się udało. I czekam na Wasze zdanie w tej kwestii.

Share:

5 komentarze

  1. Ja zawsze słyszałem że jak coś jest za darmo to jest do D... Bo prędzej czy później się okazuje że nie tak do końca za darmoche Bo coś od ciebie oczekują i mają ciebie w garści bo coś musisz zrobić gdzieś być coś wykonać itp

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja natomiast należę do grona tych naiwnych ludzi, którzy wciąż wierzą, że są na świecie osoby robiące coś dla idei... :)

      Usuń
  2. Sylwia wzięłaś udział w tzw skubaniu brukselki, projekty unijne są po to by zarobić a nie pomóc, uczestnicy to niestety bardzo często mięso armatnie. Smutne ale tak jest.Bo firma x dostaje kasę na realizacje programu i z tego się pożywi (oj i to nieźle)no i wykażena papierze że zrealizowała zadanie- przeprowadziła kursy dla niepełnosprawnych (Brukselę interesują sztuki- ma być np 10 na kwartał to będzie)
    a beneficjenci? Cóż niestety sama na swojej skórze doświadczyłaś jak są traktowani. Zgadzam się ze nie można oceniać niepełnosprawności po wyglądzie ( w końcu nie poznasz tak że ktoś jest np głuchoniemy lub niepełnosprawny intelektualnie a to są jak by nie patrzeć ciężkie formy upośledzenia. No ale ..., jeśli to ma byc realna pomoc to IMO powinna byc prowadzona w gminach w postaci kursów organizowanych np przez ośrodki pomocy rodzinie (łatwiej dotrzeć beneficjentowi a i nie trzeba zatrudniać nowych pracowników do projektu)Pozdrawiam Marcin L

    OdpowiedzUsuń